Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palestyńska inicjatywa unilateralna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palestyńska inicjatywa unilateralna. Pokaż wszystkie posty

Co dalej Palestyno?


Wczoraj wieczorem decyzją Zgromadzenia Ogólnego ONZ (ZO ONZ) Palestyna otrzymała status nieczłonkowskiego państwa obserwatora ONZ. Palestyński wniosek został poparty głosami 138 państw. Przeciwko głosowało jedynie 9, w tym: USA, Izrael, Kanada, Czechy; 40 państw ( w tym Polska) wstrzymało się od głosu. Mimo że decyzja ZO ONZ nie oznacza pełnego uznania państwowości, Palestyńska ulica ma powody do świętowania. Przede wszystkim, dlatego że wczorajsze głosowanie nie podzieliło losów podobnej inicjatywy sprzed roku, kiedy to Abbas pod naciskiem Izraela i USA wycofał wniosek i ostatecznie zrezygnował z głosowania. Tym razem było inaczej… 



Głosowanie się odbyło, Abbas nie uległ presji a przyjęta rezolucja ma świadczyć o szerokim poparciu dla idei palestyńskiej państwowości i izolacji jej przeciwników. Prezydent Abbas może więc obwieścić historyczny sukces i wystąpić jako ten, który przekuwa dążenia palestyńskiej ulicy w polityczną rzeczywistość międzynarodowej dyplomacji. Czy jednak ma do tego pewno?

Sukces na wyrost?

Ci, którzy starają się ostudzić atmosferę argumentują, że przyznany status niewiele zmienia. Palestyńczycy mają bowiem reprezentację w formie OWP, która to posiada status obserwatora, umożliwiający od 1988 roku uczestnictwo w sesjach i pracach ZO ONZ oraz utrzymywanie misji dyplomatycznej. Jak podkreślają sceptycy, z punktu widzenia mechanizmów uczestnictwa jedyną istotną zmianą jest teoretyczna możliwość odwoływania się do jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK) - celem pociągania do odpowiedzialności osób pozywanych o wojenne zbrodnie (w tym Izraelczyków). Palestyna otrzymując status państwa nieczłonkowskiego może bowiem stać się sygnatariuszem Statutu Rzymskiego, pozwalającego na występowanie do trybunału. Problemem pozostaje jednak praktyczny wymiar aplikacji prawa, który może być utrudniony poprzez słabą pozycję polityczną. Owa słabość może okazać się na tyle duża, że wykorzystanie jurysdykcji MTK stanie się jedynie pobożnym życzeniem. 

Argumentem sceptyków, są dotychczasowe palestyńskie doświadczenia w owym zakresie. Przykładem były chociażby losy Komisji Goldstone’a - instytucji śledczej ONZ, badającej sprawę zbrodni wojennych w Gazie w czasie operacji „Płynny Ołów” (27 grudzień 2008 – 18 styczeń 2009). Rekomendacje komisji zalecające orzeczenie trybunału nigdy nie weszły w życie. Na przeszkodzie stanęła opozycja USA. Biały Dom sprzeciwił się rekomendacjom jako członek Rady Bezpieczeństwa ONZ (RB ONZ)– instytucji, która poza państwami sygnatariuszami Statutu Rzymskiego ma prawo kierować wniosek. W efekcie, wniosek nie został nawet poddany głosowaniu. Część komentatorów podkreśla, że podobny los może stać się udziałem przyszłych autonomicznych palestyńskich inicjatyw. Mimo bowiem że wraz z otrzymaniem statusu państwa nieczłonkowskiego Palestyna będzie mogła do trybunału występować samodzielnie (bez zgody RB ONZ), to jak się można spodziewać teoretyczna aplikacja standardów międzynarodowego prawa rozbije się o polityczne realia. Część analityków podkreśla, że antycypowana przez niektórych przyszła palestyńska batalia na forum trybunału nie będzie miała większego znaczenia. Ze względu bowiem na polityczną słabość nieczłonkowskiej Palestyny szanse pociągania do odpowiedzialności izraelskich polityków czy wojskowych są nikłe.

Z powyższej perspektywy przyznanie statusu członkowskiego to jedynie symbolika, która ma się niewiele do politycznych realiów. Kolejnym aspektem jest sam problem przyszłej niepodległości. Mimo że decyzja ZO ONZ jest określana jako istotny krok w kierunku samostanowienia, to w opinii wielu jest to krok na drodze długiej i krętej, o ile w ogóle możliwej do przebycia. Z politycznego punktu widzenia palestyńska niepodległość nie jest możliwa bez współpracy Izraela. Wraz z dyskusją nad palestyńskim wnioskiem wraca bowiem pytanie o możliwość osiągnięcia porozumienia, które mogłoby urzeczywistnić palestyńską suwerenność.
Ostatecznie to właśnie Tel-Awiw ma zadecydować o opuszczeniu okupowanego terytorium, wycofaniu osiedli i transferze  żydowskich osadników, demontażu bariery bezpieczeństwa i zgodzie na podział (lub internacjonalizację) Jerozolimy. Słowem, o przedsięwzięciach, których żaden izraelski polityk się nie podejmie. Patrząc zatem na palestyński sukces na forum ZO ONZ w kontekście realiów potencjalnych negocjacji trudno nie oprzeć się wrażeniu, że znaczenie wczorajszego głosowania ma wymiar jedynie symbolicznej manifestacji.

Co więcej, wśród komentarzy nie brakuje głosów dyskutujących bardziej przyziemne pobudki determinujące inicjatywę Abbasa. Twarde stanowisko prezydenta jest w owym ujęciu odczytane nie tylko jako chęć promocji palestyńskiej niepodległości, ale bardziej jako propaganda ukierunkowana na podreperowanie własnej od dawna słabnącej pozycji oraz odwrócenie uwagi od negocjacyjnego impasu i postępującego gospodarczego kryzysu. Abbas zapewne wyciągnął lekcję z doświadczeń arabskiej wiosny i wie, że niezadowolona ulica może zadecydować o politycznym status quo skuteczniej niż gabinetowe rozgrywki. Prezydent zdaje sobie sprawę, że hasło palestyńskiej państwowości  jest nie tyle realnym postulatem co doraźnym remedium na polityczny kryzys , który Abbas stara się zażegnać odwołując się do niepodległościowych symboli.  
Pozostaje zatem pytanie – czy owa symbolika ma realne znacznie dla urzeczywistnienia idei palestyńskiej niepodległości? Na przekór sceptykom – tak.

Sukces na miarę potrzeb?

Po pierwsze. Decyzja ZO ONZ to przede wszystkim uznanie zasadności palestyńskiego postulatu państwowości. Status państwa nieczłonkowskiego jest, jakby nie było, statusem państwa, tyle, że pozbawionego faktycznej suwerenności. Z punktu widzenia prawa zasadność palestyńskiego postulatu opiera się nie tyle o legitymację ZO ONZ co o wytyczne Konwencji z Montevideo (1933), która przyznaje prawo do państwowości podmiotom posiadającym: własną populację, określone terytorium, ośrodek władzy wykonawczej oraz zdolność do zawierania relacji dyplomatycznych z innymi państwami. Palestyna wypełnia wszystkie wyżej wymienione warunki. Teoretycznie zatem nie potrzebuje przyzwolenia ZO ONZ by postulat niepodległości stał się zasadny. Jednocześnie jednak, decyzja ONZ uwypukla inny dość istotny aspekt. Treść przyjętej wczoraj rezolucji głosi (miedzy innymi), że ZO ONZ powołując się na wcześniejsze rezolucje Narodów Zjednoczonych wzywających Izrael do wycofania okupacji, potwierdza (cytat):

Its determination to contribute to the achievement of the inalienable rights of the Palestinian people and the attainment of a peaceful settlement in the Middle East that ends the occupation that began in 1967 and fulfils the vision of two States: an independent, sovereign, democratic, contiguous and viable State of Palestine living side by side in peace and security with Israel on the basis of the pre-1967 borders.

Decyzja ONZ, zatem to potwierdzenie nielegalności izraelskiej okupacji oraz uznanie Palestyny w granicach obejmujących Jerozolimę Wschodnią jak i Strefę Gazy. W konsekwencji rekomendowane przez rezolucję negocjacje zobowiązują Izrael do wycofania osadnictwa, zniesienia blokady Strefy Gazy, wycofania jurysdykcji z terenów Jerozolimy Wschodniej (ze Starym Miastem włącznie) oraz demontażu bariery bezpieczeństwa. Oczywiście osiągnięcie powyższych nie jest możliwe bez zgody samego Izraela, który już zdążył określić rezolucję jako „zagrożenie dla pokoju”. Nie należy się zatem spodziewać by potencjalny udział Izraela w rokowaniach był choć w minimalnym wymiarze kompatybilny z treścią zawartych w rezolucji rekomendacji. Podobne stanowisko zajmuje zresztą główny kandydat na akuszera pokojowego porozumienia – Biały Dom. Dyplomacja amerykańska jednoznacznie określiła inicjatywę Abbasa jako „bezproduktywną”. W świetle powyższych rekomendowane przez rezolucję polityczne rozwiązania mogą się jawić jedynie jako czysto teoretyczne. Tak jednak nie jest... Warto podkreślić, że pomimo izraelsko-amerykańskiego bojkotu rezolucja ma wymiar praktyczny, który może przełożyć się na negocjacyjne realia.

Z palestyńskiego punktu widzenia jednym z najważniejszych aspektów inicjatywy jest bowiem udana próba internacjonalizacji zagadnienia niepodległości, która może przynieść, jeśli nie negocjacyjny przełom, to zmianę w dotychczasowej mediacyjnej praktyce. Zasadniczą ułomnością dotychczasowego procesu była nierówna pozycja negocjacyjna, która pozwalała Izraelowi jako silniejszemu arbitralnie kształtować treść ustaleń. Mimo wiec teoretycznego uczestnictwa Palestyńczyków, proces był w dużej mierze realizacją interesu izraelskiego. Jedyną alternatywą, jaką mogli aplikować palestyńscy negocjatorzy było zrywanie rozmów. W praktyce jednak, brak negocjacji dodatkowo wzmacniał pozycję izraelską, gdyż przekładał się na dalszą, niczym nie skrępowaną realizację izraelskiej agendy (w tym rozbudowę osiedli). Z perspektywy palestyńskiej uczestnictwo w rokowaniach mogło być zatem odczytywane jako zbyt kosztowne by nie powiedzieć szkodliwe. Palestyńska inicjatywa na forum ONZ jest próbą przezwyciężenia owego impasu. Inicjatywą, która przez próbę szerszego zaangażowania społeczności międzynarodowej, chce wyrwać palestyńskich negocjatorów z kręgu nierównych, kształtowanych przez Izrael i USA rozmów. Istotnym jest bowiem to, że pomyślna dla Palestyńczyków decyzja ZO ONZ to podsumowanie skutecznej, mozolnej dyplomacji bilateralnej. Sukces był bowiem możliwy jedynie dzięki szerokiemu międzynarodowemu poparciu, które wymagało od Palestyńczyków nawiązania porozumienia z 138 państwami a ostatecznie zmaterializowało się w formie korzystnej z palestyńskiego punktu widzenia rezolucji. Tym samym zatem decyzja zwolenników palestyńskiego projektu zasadniczo izoluje stanowisko amerykańskie i izraelskie. Nawet jeśli państwa, które poparły rezolucję nie zaangażują się bezpośrednio w proces mediacyjny ich wczorajsza decyzja nie jest bez znaczenia. Dyplomacja krajów, które poparły palestyński projekt wysyła jasny sygnał – jakiekolwiek rokowania muszą uwzględnić prawo Palestyńczyków do powołania państwa w granicach określonych rezolucją.

Po drugie. Znaczenie rezolucji ma jeszcze jeden niezmiernie istotny aspekt. Międzynarodowe poparcie ma bowiem także wymiar psychologiczny. Palestyńczycy otrzymali ważne moralne wsparcie. Poparcie wniosku to wyraz legitymacji dla dotychczasowych niepodległościowych, a co istotne pokojowych, starań. Rezolucja jest ponadto wzmocnieniem Abbasa i jego polityki konsekwentnie odrzucającej koncepcję oporu zbrojnego na rzecz wysiłków wykorzystujących instrumenty międzynarodowego prawa. To, czy owo wsparcie przełoży się na niepodległość, pozostaje kwestią otwartą; ważne jest jednak, że zielone światło dla państwowości utwierdzi Palestyńczyków w przekonaniu o zasadności kierunku niepodległościowych dążeń.

Podsumowując. Z punktu widzenia Palestyńczyków uchwalenie rezolucji jest ważnym krokiem w kierunku zwiększenia szans na korzystniejszą pozycję negocjacyjną. Palestyńscy negocjatorzy wiedzą, że suwerenność może być zagwarantowana jedynie na polu szerokiej reprezentacji palestyńskiego dążenia niepodległościowego. Dążenia, które może być uwiarygodnione konsekwentnym wysiłkiem samych Palestyńczyków sprzężonym z międzynarodowym naciskiem na Izrael, co w ostateczności może skłonić Tel-Aviv do poszanowania prawa stanowionego przez społeczność międzynarodową, której Izrael jest częścią.

Tekst ukazał sie na łąmach Czasopisma Internetowego BliskiWschód.pl 

Palestyński bid. Szansa czy ograniczenie?


Zgodnie z tym co zapowiadał prezydent Abbas, palestyński wniosek o członkowstwo w ONZ trafił na forum Rady Bezpieczeństwa. Mimo, że sprawa jest powszechnie określana jako jedno z najważniejszych wydarzeń politycznych regionu, to nie należy spodziewać się szybkiego przesilenia. Prawdziwy wymiar inicjatywy będzie rezultatem nie tyle aplikacji mechanizmów Narodów Zjednoczonych co skomplikowanej jeśli nie skazanej na porażkę dyplomacji.


Oficjalne przesłanie prezydenta Abbasa jest proste – głosowanie ma być wstępem do Palestyńskiej niepodległości, uznaniem suwerenności palestyńskiego narodu, aktem samostanowienia oraz przerwaniem negocjacyjnego impasu. Uznanie członkowstwa Narodów Zjednoczonych wymaga dwuetapowej procedury. Pierwszym krokiem będzie debata na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ (RB), kolejnym zaś rekomendacja wniosku pod głosowanie na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ (ZO), które wymaga zatwierdzenia większością 2/3 głosów (129 głosów).
Wiadomo jednak, że Autonomii Palestyńskiej nie uda się uzyskać pełnego statusu. Na przeszkodzie stoi bowiem stanowisko USA. Inicjatywa spotkała się z jednoznaczną krytyką Białego Domu. Podczas środowego spotkania z prezydentem Abbasem, prezydent Obama powtórzył:
Głosowanie na forum ONZ jest bezproduktywne. Palestyńczycy nie osiągną państwowości poprzez mechanizmy Narodów Zjednoczonych. Stany Zjednoczone przeciwstawią się jakiejkolwiek inicjatywie RB, mierzącej w uznanie państwa Palestyna.
Stanowisko Białego Domu jest zatem jednoznaczne - głosowanie będzie fiaskiem, gdyż nie uzyska poparcia USA, które jest niezbędne ze względu na amerykański status stałego członka rady.
Palestyńscy negocjatorzy są jednak zdeterminowani by nie wrócić do Ramallah z pustymi rękami. Jak informował dzisiaj, reprezentant Abbasa, Muhammad Shatayyeh, wniosek trafi najpierw w ręce komitetu ekspertów. W praktyce jest to taktyka gry na zwłokę. Palestyńczycy chcą formalnie zainicjować proces na forum RB już dziś, jednocześnie starają się zyskać jak najwięcej czasu na negocjację z USA.
Wniosek jest bowiem traktowany jako element nacisku na dyplomację USA. Zgodnie z ową logiką Abbas liczy, że podstawiony pod murem arabskich oczekiwań Obama ostatecznie przestraszy się izolacji, w konsekwencji skłoni Izrael do większej elastyczności negocjacyjnej. Z drugiej strony wiadomo, że Biały Dom wniosku poprzeć nie może ze względu na strategiczne partnerstwo z Tel-Avivem. Jak kalkulują Palestyńczycy, Obama zdecyduje się zapewne na rozwiązanie pośrednie – będzie próbował przeforsować wycofanie wniosku za cenę odnowienia bardziej obiecującej formy negocjacji z Izraelem.
Póki co trwa wojna nerwów a Amerykanie nie tracą zimnej krwi. Konsul Generalny  USA w Jerozolimie, Daniel Rubinstein zapowiedział, że w wypadku forsowania wniosku, Waszyngton zdecyduje się na odcięcie pomocy finansowej dla autonomii. Prezydent Abbas liczy na marchewki,  póki co dostaje kijem.
Inną alternatywą jaką mogą wykorzystać Palestyńczycy jest próba uzyskania tzw. „statusu watykańskiego” innymi słowy statusu „państwa nie-członkowskiego”. Jest to opcja, której pomyślna finalizacja jest zasadniczo prosta, gdyż wymaga jedynie zwykłej większości Zgromadzenia Ogólnego bez konieczności angażowania Rady Bezpieczeństwa. Pozyskanie tego rodzaju poparcia nie będzie stanowić problemu, gdyż jak szacują sami Palestyńczycy wniosek może liczyć na 126 głosów.
Powyższa opcja nie jest jednak alternatywą atrakcyjną, gdyż z perspektywy palestyńskiej niewiele zmienia. Palestyńczycy mają bowiem reprezentację w formie OWP (Organizacji Wyzwolenia Palestyny), która to posiada status obserwatora, umożliwiający od 1988 roku uczestnictwo w sesjach i pracach ZO oraz utrzymywanie misji dyplomatycznej.
Oficjalnym stanowiskiem artykułowanym wczoraj przez prezydenta Abbasa jest użycie obu alternatyw – zwrócenie się do RB oraz wykorzystanie głosowania nad „opcją watykańską” w wypadku porażki pierwszej alternatywy. Jak się należy spodziewać, konsekwencją powyższej strategii będzie zapewne skomplikowana dyskusja w łonie samych uczestników i aktorów głosowania. Dotychczasowe tarcia sprowadzały się głównie do amerykańskiego nacisku na europejskich członków RB – Francję i Wielką Brytanię, co z perspektywy USA miało zneutralizować negatywny wpływ izolacji.
Jak do tej pory ani Londyn ani Paryż nie skłoniły się do promowanej przez Biały Dom opcji veta. Powodem francuskiego i brytyjskiego kursu może być próba utrzymania korzystnego wizerunku w regionie. Oba kraje poprawiły swoje notowania silnym zaangażowaniem w interwencję w Libii oraz konsekwentnym (choć nieudanym) wysiłkiem na rzecz sankcji przeciwko reżimowi Assada w Syrii. Jak się można domyślać, ani Londyn, ani Paryż nie chcą stracić w oczach bliskowschodniej dyplomacji, na rzecz mało istotnego w gruncie rzeczy głosowania. Oba kraje zdają sobie bowiem sprawę, że jedno (amerykańskie) weto wystarczy.
Niejasne pozostaje stanowisko Unii Europejskiej. Mimo poparcia krajów członkowskich oficjalna agenda UE jest wobec wniosku sceptyczna. Jak mówiła podczas poniedziałkowego spotkania Ligii Państw Arabskich, Przedstawiciel UE ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej Catherine Ashton, wspólnota  jest bardziej skłonna poprzeć powrót do negocjacji dwustronnych. Wśród krajów europejskich zdania się podzielone. Za uznaniem Palestyny jednoznacznie opowiedziały się  Hiszpania, Szwecja, Norwegia, Malta, Portugalia, Luksemburg i Belgia; przeciw: Włochy, Niemcy, Bułgaria i Czechy.
Palestyńska „inicjatywa wrześniowa” stała się powodem międzynarodowej dyskusji, skomplikowanej dyplomacji i kontrowersji. Zwolennicy głosowania już zdążyli odtrąbić sukces, ich argumentacja zasadza się na przekonaniu, że bez względu na rezultat negocjacyjny ferment staje się wartością sam w sobie, gdyż propaguje kwestię palestyńską jako taką.
Biorąc jednak pod uwagę polityczne uwarunkowania, determinujące inicjatywę należy jednoznacznie stwierdzić: głosowanie jest przede wszystkim próbą internacjonalizacji zagadnienia negocjacji. W perspektywie czasu kwestia palestyńskiej suwerenności pozostanie zapewne zagadnieniem odległym jak zawsze.
Geneza
Decyzja o zaangażowaniu mechanizmów decyzyjnych Narodów Zjednoczonych jest przejawem frustracji powodowanej bezproduktywnością dotychczasowych mediacji.
Z palestyńskiego punktu widzenia, zasadniczą ułomnością dotychczasowego procesu była nierówna pozycja negocjacyjna, która pozwalała Izraelowi jako silniejszemu uczestnikowi rokowań autorytarnie kształtować treść ustaleń. Mimo wiec teoretycznego uczestnictwa Palestyńczyków, proces był w dużej mierze realizacją interesu izraelskiego. Jedyną alternatywą jaką mogli aplikować palestyńscy negocjatorzy było zrywanie rozmów. W praktyce jednak, brak negocjacji dodatkowo wzmacniał pozycję izraelską, gdyż przekładał się na dalszą, niczym nie skrępowaną realizację izraelskiej agendy.
Z perspektywy palestyńskiej dalsze uczestnictwo w rokowaniach mogło być zatem odczytywane jako zbyt kosztowne by nie powiedzieć szkodliwe. Zmiana kursu zasadzająca się na zaangażowaniu Narodów Zjednoczonych jest traktowana jako teoretyczne rozwiązanie problemu izraelskiego „partnerstwa”. Izolacja Izraela poprzez zastąpienie rokowań dwustronnych  debatą międzynarodową ma w założeniu wzmocnić palestyńskie stanowisko, udowodnić prawomocność żądań oraz dowieść międzynarodowego poparcia, co w założeniu  mogłoby doprowadzić do nacisku na Izrael. Taktyka, ma więc zasadzać się nie tyle na całkowitym demontażu negocjacji, co na poszerzeniu spektrum zaangażowanych w mediację.
Kolejną przesłanką palestyńskiego wniosku jest impotencja mediatorów. Instytucja powołana do procesu mediacji - Kwartet Bliskowschodni (USA, UE, Rosja, ONZ) okazała się bezproduktywna. Zasadniczą cechą kwartetu jest dominująca pozycja USA. Zgodnie z dotychczasowym palestyńskim stanowiskiem rola Białego Domu była postrzegana jako kluczowa. Nadzieje zostały dodatkowo wzmocnione kadencją Obamy, który w kontraście do swojego poprzednika był postrzegany jako zdeterminowany pro-negocjacyjną, a co najważniejsze, przychylną Palestyńczykom polityką.
Nadzieje okazały się złudne. Obama nie był wstanie wywrzeć na Izraelu choćby podstawowych warunków negocjacyjnych. Jednocześnie wątła pozycja negocjacyjna Abbasa słabła, skompromitowany porażką jak i obarczony grzechem uczestnictwa w groteskowym procesie prezydent dramatycznie tracił poparcie. Począwszy od jesieni 2010 negocjacje są martwe, Bliskowschodni Kwartet zaś milczy.
Biorąc pod uwagę wyżej zarysowaną problematykę dążenie do internacjonalizacji rokowań może być z Palestyńskiego punktu widzenia zasadne. Zgodnie z ową logiką Palestyńczykom udałoby się uniezależnić od bezproduktywnego modelu rokowań, zneutralizować dominację negocjacyjną Izraela oraz przesunąć rolę mediacyjną w kierunku przychylnej Palestyńczykom społeczności międzynarodowej.
Należy jednakowoż podkreślić, jakiekolwiek będą konsekwencje palestyńskiej inicjatywy, ani odizolowanie Izraela, ani odizolowanie USA nie są możliwe. Bez poparcia Białego Domu uzyskanie statusu państwowości jest iluzją. Co więcej, nawet gdyby Amerykanie diametralnie zmienili swoja politykę, zrywając sojusz z Izraelem i poparli Palestyńczyków jedyną różnicą była by zamiana statusu okupowanego terytorium, na okupowaną Palestynę. Oczywiście politycy palestyńscy zdają sobie sprawę, że rzeczywisty wymiar wrześniowej inicjatywy będzie w dużej mierze symboliczny. I mimo, że wielu popada w triumfalizm, palestyńskie środowiska polityczne wiedzą, że samo wymachiwanie flagą nie wystarczy.
Warto się jednak zastanowić, dlaczego środowisko Abbasa zdecydowało się na internacjonalizację problemu dopiero teraz? Impotencja mediacji nie jest bowiem symptomem lat ostatnich, a objawem choroby, która toczy schemat rokowań od ponad 15 lat. Bezsilność kwartetu i niemoc amerykańskiej dyplomacji są jedynie częścią nieadekwatnego modelu negocjacyjnego, który jest nieprzerwanym procesem realizacji Izraelskiej agendy.
Wbrew pozorom, odpowiedź na powyższe pytanie nie jest skomplikowana. Palestyńskie przywództwo stara się przede wszystkim wzmocnić swoją władzę oraz zneutralizować przesiąknięte arabską wiosną ludów nastroje palestyńskiej ulicy. Pozycja Abbasa jest słaba. Usankcjonowana amerykańskim i izraelskim przyzwoleniem, rola prezydenta jest odległą od oczekiwań. Abbas nie posiada ani legitymacji prawnej (zgodnie z konstytucją jego kadencja skończyła się w roku 2009), ani tym bardziej społecznej. Palestyńczycy są zawiedzeni jałowością negocjacji, jak i samą rolą prezydenta, który jest częstokroć postrzegany jako marionetka bezzasadnych rokowań. W przeciętnej świadomości palestyńskiej dotychczasowy proces jest niczym innym jak realizacją izraelskiego interesu, a samo uczestnictwo Abbasa desperacką próbą utrzymania władzy na fali bezproduktywnych negocjacji.
Problem dodatkowo skomplikowały realia arabskiej wiosny ludów. Polityczne przesilenie w Egipcie czy Tunezji pokazało Palestyńczykom, że niechciana władza musi się liczyć z wolą ulicy. Dylemat Abbasa to świadomość, że ani on sam, ani jego otoczenie, nie są w stanie owej woli wypełnić. Inicjatywa wrześniowa ma być zatem częściową odpowiedzią na palestyńskie oczekiwania.
Przekaz internacjonalizacji palestyńskiego problemu jest prosty– nie dla ułomnych negocjacji, tak dla samostanowienia. To, na ile tak prosty komunikat jest przekonywujący pozostaje jednak pytaniem otwartym.
Z legalnego punktu widzenia inicjatywa wrześniowa jest w dużej mierze jedynie symboliczna. Jak się jednak wydaje, symbolika owa może być zbyt kosztowana zarówno dla sprawy palestyńskiej jak i samego Abbasa.
Zasadność
Z góry skazane na porażkę głosowanie palestyńskiego członkowstwa jest poniekąd próbą nadania legitymacji realiom, które owej legitymacji nie potrzebują.
Jeśli bowiem celem inicjatywy ma być  uznanie prawa do państwowości, to jest to wysiłek zbędny, gdyż prawo to zostało potwierdzone zarówno przede wszystkim przez 181 Rezolucją  ZO ONZ z listopada 1947, która dokonała podziału obszaru Brytyjskiego Mandatu Palestyny na dwa suwerenne państwa – Izrael i Palestynę.  Palestyńskie dążenie do  państwowości ma ponadto umocowanie w ustaleniach ogólnych prawa międzynarodowego.
Zgodnie bowiem z Konwencją z Montevideo (1933) prawo do państwowości ma podmiot który posiada: własną populację, określone terytorium, ośrodek władzy wykonawczej oraz zdolność do zawierania relacji dyplomatycznych z innymi państwami. Palestyna wypełnia wszystkie wyżej wymienione warunki. Zgodnie zatem z prawem międzynarodowym głosowanie nad członkowstwem Autonomii Palestyńskiej w ONZ nie jest konieczne by potwierdzić prawo Palestyńczyków do państwowości.
Ponadto, inicjatywa wrześniowa nie wnosi nic nowego w zagadnienie legalności izraelskiego osadnictwa, aneksji Jerozolimy Wschodniej czy unilateralnego ustalenia de facto granic w postaci Bariery Bezpieczeństwa.  Wszystkie zagadnienia były określone jako niezgodne z Międzynarodowym Prawem Humanitarnym treścią rezolucji ZO i RB oraz orzeczeniem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.
Z punktu widzenia prawa międzynarodowego zagadnienie jest stosunkowo jasne. Izraelska okupacja nie jest obecnością permanentną, Izrael nie ma prawa dokonywać aneksji czy kolonizacji ziemi, ani zmieniać statusu prawnego mieszkańców. Polityka osadnicza i aneksja Jerozolimy Wschodniej są nielegalne i nieważne. Palestyńczycy zaś mają prawo i podstawy ku temu by samoczynnie stanowić o własnej niezawisłości i suwerenności państwowej. Prawo międzynarodowe dostatecznie zabezpiecza palestyńską suwerenność. To czego brakuje to jego aplikacja.
Warto jednocześnie podkreślić, że powyższa konstatacja nie dyskredytuje automatycznie strategii Abbasa. Podjęcie się wysiłku, który przypomni na forum międzynarodowym o palestyńskich prawach jest bowiem zasadne. Inną, ważną korzyścią inicjatywy będzie możliwość odwoływanie się do jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), do którego bezpośredni dostęp jest możliwy jedynie  w warunkach posiadania państwowości. Nawet jeśli Palestyńczykom uda się uzyskać jedynie status watykański, dostęp do MTK będzie możliwy - w praktyce będzie to oznaczać możliwość składania pozwów przeciwko konkretnym izraelskim politykom odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.
Po raz kolejny jednak ważnym aspektem będzie nie tyle teoretyczna możliwość, co praktyczny wymiar aplikacji prawa, który może być utrudniony poprzez słabą pozycję polityczną. Doskonałym przykładem problemu była chociażby instytucja Komisji Goldestone’a, badająca zbrodnie wojenne w Gazie, której ustalenia nigdy nie weszły w życie, ze względu na opozycję USA jak i naciski na władze autonomii. Komisja miała w założeniu rekomendować RB powołanie trybunału osądzającego izraelskie zbrodnie w Gazie. Ze względu jednak na uwarunkowania polityczne rekomendacje Raportu Goldestone’a pozostały jedynie teorią. Podobnie nie należy się spodziewać by samo przystąpienie do MTK stało się wystarczającą podstawą by ubiegać się o ściganie zbrodni. Łatwo bowiem wyobrazić sobie polityczny amerykański i izraelski nacisk na autonomię, by ta odstąpiła od wniosków.  Rozdźwięk pomiędzy prawem a praktyką polityki nie jest niczym nowym. Poza elementami pozytywnymi inicjatywa wrześniowa z perspektywy interesów budowania palestyńskiej niepodległości może mieć również negatywne skutki.
Konsekwencje
Paradoksalnie jednym z największych niebezpieczeństw jest potencjalne osłabienie palestyńskiego stanowiska negocjacyjnego. Dotychczas aplikowana negocjacyjna zasadność palestyńskich pretensji niepodległościowych opiera się o szerokie i wyczerpujące podstawy prawa międzynarodowego. Jeśli wytyczne inicjatywy wrześniowej zaowocują rezolucją, która obejmie swym zakresem węższy zakres zagadnień, istnieje niebezpieczeństwo, że jej treść stanie się podstawą do umniejszania roli wcześniejszych, bardziej konsekwentnych podstaw prawnych.
Inną niebezpieczną konsekwencją byłoby bezpośrednie przełożenie bezproduktywnej tradycji negocjacyjnej na forum międzynarodowe, czy wręcz wtłoczenie jej w kontekst międzynarodowego prawa. Chodzi bowiem o niebezpieczeństwo legalizacji ogólników wyprodukowanych tradycją dotychczasowych negocjacji. Podczas gdy ustalony jak dotąd zakres prawa międzynarodowego dostatecznie zabezpiecza interesy palestyńskiej suwerenności, potencjalne zalegalizowanie ustaleń dwustronnych wprowadziłoby w sferę prawa materiał, który swym zakresem i znaczeniem byłby nieporównywalnie mniej korzystny z punktu widzenia palestyńskiego samostanowienia.
Kwestią zasadniczą pozostaje zatem nie tyle sam mechanizm czy forma głosowania inicjatywy wrześniowej, ale treść przyszłych ustaleń.
Zakładając, że jakakolwiek przyszła forma porozumienia i tak będzie musiała uzyskać amerykańskie poparcie i współpracę izraelską, można przypuszczać, że w wypadku uzyskania statusu watykańskiego, Izrael za pośrednictwem USA zwróci się w kierunku negocjacji, oferując rozwiązania uwzględniające nowe polityczne realia. Status watykański, obejmujący terytoria, na których aktualnie sprawuje władze autonomia stanie się wówczas dla Izraela doskonałym narzędziem ograniczenia palestyńskich żądań.
W efekcie inicjatywy Izrael może bowiem zaproponować negocjacje państwa obejmującego jedynie poszatkowany osiedlami obszar Zachodniego Brzegu Jordanu, bez kontroli nad Jerozolimą czy Stefą Gazy, z jednoczesnymi gwarancjami dla izraelskiego bezpieczeństwa oznaczającymi: kontrolę zasobów wodnych i przestrzeni powietrznej, utrzymanie Bariery Bezpieczeństwa i osiedli, wymóg delegalizacji terrorystycznych a de facto po prostu innych niż pro-negocjacyjny obóz Abbasa ugrupowań oraz wymóg zerwania umowy koalicyjnej z Hamasem.
W praktyce oznaczałoby to zwykłe przeniesienie negocjacyjnej agendy Izraela w nowe realia. To kto będzie negocjacyjnym partnerem, czy raczej negocjacyjną marionetką nie będzie wówczas miało znaczenia. Wszystko jedno bowiem, czy będzie to prezydent Autonomii Palestyńskiej czy prezydent „państwa nie-członkowskiego ONZ”. Zagadnienie suwerenności jako takiej pozostanie problemem czysto teoretycznym.
Brak realnego poparcia. Brak przejrzystości procesu
Kolejnym problemem jest potencjalny brak legitymacji. Podczas gdy samo poparcie palestyńskiej ulicy jest duże, to nie koniecznie jest ono poparciem dla tych rozwiązań, które mogą stać się konsekwencją wniosku.
Czym innym jest bowiem spontaniczny wiec niepodległościowy na ulicach Nablusu czy Ramallah, czym innym częstokroć gorzkie realia dyplomacji. Część Palestyńczyków, świadoma problemu obawia się, że praktyka inicjatywy sprowadzi się do znanego z procesu negocjacyjnego zwyczaju przepychania ustaleń kanałami nieoficjalnymi.
Praktycznie każda ważniejsza dotychczas aplikowana inicjatywa negocjacyjna była „wzbogacana” listami gwarancyjnymi, memorandami czy innymi gabinetowymi wieloznacznymi ustaleniami, które w założeniu miały balansować oczekiwania obu stron, tak by jednoczenie nie rezygnować z oficjalnej częstokroć różnej agendy. Wieloznaczności interpretacyjne  umożliwiały większą elastyczność, a oczekiwania partnerów zmieniały się w zależności od politycznych uwarunkowań.
Z perspektywy Abbasa gabinetowa polityka miała w teorii pomóc odnaleźć się pomiędzy oczekiwaniami Palestyńczyków, możliwościami negocjacyjnymi USA a stanowiskiem Izraela. W praktyce jednak prowadziła ona do negocjacji dla samych negocjacji a rokowania stały się rytuałem ratującym polityczne kariery izraelskich premierów jak i samego Abbasa.
Jeśli tradycja owa stałaby się formą dyplomacji na forum ONZ palestyński wniosek zalegalizowałby szkodliwą dla sprawy politykę. O ile strategia zróżnicowanej kanalizacji negocjacyjnych oczekiwań jest zrozumiała w warunkach kształtowanej przez polityków dyplomacji o tyle jej wieloznaczny i nietransparentny wymiar jest szkodliwy dla forum ONZ jako miejsca kształtowania nie tylko polityki ale i międzynarodowego prawa.
Niedostateczna reprezentacja
Innym problemem są konsekwencje głosowania w sferze palestyńskiej polityki wewnętrznej. Jak się można domyślać, rezultatem inicjatywy będzie uzyskanie przez Autonomię Palestyńską „statusu watykańskiego”, co będzie de facto oznaczać zastąpienie roli OWP posiadającej status obserwatora. Kwestią najbardziej kontrowersyjną jest wymiar reprezentacji. OWP jest reprezentacją znacznie szerszego kręgu palestyńskich środowisk niż władza autonomii, która nie obejmuje ani palestyńskiej diaspory, ani uchodźców ani Palestyńczyków Gazy. Jak podkreśla część nieprzychylnych inicjatywie Palestyńczyków, w przypadku zastąpienie przedstawicielstwa OWP reprezentacją autonomii  prawa uchodźców, diaspory, czy nawet samych Palestyńczyków mieszkających w Izraelu nie będą należycie reprezentowane.
Zgodnie z ową logiką inicjatywa wrześniowa godzi w wypracowaną przez pokolenia jedność palestyńskiego żywiołu narodowego, gdyż nie obejmuje swym zakresem wszystkich Palestyńczyków, a jedynie 2 miliony mieszkańców Zachodniego Brzegu Jordanu, co stanowi znaczącą mniejszość w stosunku do 12 milionowej nacji palestyńskiej w ogóle.
Prawo przede wszystkim
Suwerenność palestyńska może być zagwarantowana jedynie na polu szerokiej reprezentacji palestyńskiego dążenia niepodległościowego. Najlepszym narzędziem gwarancji palestyńskich praw jest konsekwentny wysiłek samych Palestyńczyków, sprzężony z międzynarodowym naciskiem na Izrael, który może skłonić Tel-Aviv do poszanowania prawa ustanowionego przez społeczność międzynarodową, której Izrael jest częścią. Równie ważny jest wymiar polityczny, który powinien być tożsamy w swej treści z ustaleniami międzynarodowego prawa.
Inicjatywa wrześniowa okaże się sukcesem wtedy, jeśli stanie się nie tylko narzędziem teoretycznej promocji suwerenności, ale także platformą skutecznej dyplomacji, która do owej suwerenności doprowadzi. By tak się stało, konieczne będzie zintegrowanie inicjatywy z projektem odpowiedniej, rezolucji gwarantującej wycofanie okupacji (w tym okupacji Jerozolimy Wschodniej), zniesienie osiedli, demontaż bariery bezpieczeństwa oraz gwarantującej prawo powrotu dla palestyńskich uchodźców.  Ustalenia owe byłyby z jednej strony mocnym zaakcentowaniem palestyńskiego interesu politycznego, z drugiej zaś wyrazem poszanowania dla międzynarodowego prawa.
Każda inna konsekwencja wrześniowej inicjatywy, która przełoży polityczny/negocjacyjny interes nad treść prawa będzie porażką, sama symbolika zaś smutną pamiątką „niepodległościowej” inicjatywy.
Tekst ukazał sie na łamach Czsopisma Internetowego BliskiWschód.pl