Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syjonizm. Pokaż wszystkie posty

Co mówi Bóg?


Proszę tędy, Abuna zaraz przyjdzie. Niech pan spocznie, przyniosę kawę.


Gospodyni opuściła mnie wycierając po drodze kurz z półek z książkami. Usiadłem w zbyt miękkim fotelu ciągle zastanawiając się jakim cudem w pomieszczeniu jest tak przyjemnie chłodno. Wkrótce w pokoju pojawił się około pięćdziesięcioletni mężczyzna o żwawym spojrzeniu i kępie rozczochranych włosów na głowie. Ksiądz dr Rafiq Khoury, proboszcz Rzymskokatolickiej Parafii pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Birzeit (Zachodni Brzeg Jordanu). Usiadł i napełnił filiżanki kawą z kardamonem.


Chcesz rozmawiać o teologii ? Zapytał.



Tak.

Skąd jesteś?

Z Polski.

To dobrze, jeszcze nie rozmawiałem z Polakiem.

Czy chrześcijanie Ziemi Świętej są dyskryminowani?
Tak, jeśli mowa o Palestyńczykach, to z pewnością tak.

Przez kogo?
Przez państwo Izrael, przez izraelskie prawodawstwo, i izraelskich polityków. Przez realia okupacji, która powołując sie na objawione prawdy krzywdzi. Wszystko jest kwestią interpretacji. Słowa Boga trzeba odczytywać tak by czynić dobro. Bóg jest bogiem krzyża, nie miecza. Niestety w Ziemi Świętej dziś, mało kto o tym pamięta.

Czy Bóg wzywa zatem do walki?
Nie, bo nie jest politykiem… choć takie interpretacje są poniekąd zrozumiałe.

Dlaczego?
Bo przewijają się przez tradycję i kulturę. Bóg stawał się panem świętej wojny bo ludzie tworzyli go na własne podobieństwo i dla własnych potrzeb. Jahwe Starego Testamentu był plemiennym Bogiem, do którego modlono się o powodzenie w bitwach i karę dla wrogów. Podobne interpretacje zresztą, choć dalekie od trybalizmu, były obecne w tradycji chrześcijańskiej. Dzisiaj jednak nie można ich usprawiedliwiać, wręcz przeciwnie. Musimy przypominać o objawianiu prawdziwym, które nie ma nic z polityką wspólnego.
Dzisiejsze zrozumienie słowa Bożego nie może dziać się w oderwaniu od realiów historycznych czy społecznych. Kiedy istnienie Izraelitów było zagrożone, modlitwa o boskie wsparcie była sprawą zrozumiałą. Dziś Izrael jest potężny i bezpieczny. Po raz pierwszy od tysięcy lat Żydzi nie musza się martwić o swoje przetrwanie. Nie są zagrożeni militarną interwencją, nie grozi im Holocaust. Żydzi  są  w momencie, w którym nie muszą modlić się o zwycięskie bitwy.

A modlą się?
Wiem, że większość Żydów, w szczególności tych, którzy pamiętają żydowsko-palestyńską koegzystencję, to ludzie którzy nie życzą nam krzywdy. Oni krzywdy po prostu jej nie widzą, albo ją usprawiedliwiają…  Ale są też i ci, którzy doskonale zdają sobie sprawę z naszej krzywdy i są za nią odpowiedzialni  - głównie politycy, czy religijni przywódcy żydowscy w politykę uwikłani.   

Jak ksiądz definiuje syjonizm?
Syjonizm dziś, to ideologia kolonialnej ekspansji i rasowej supremacji, która wykorzystuje objawione słowo dla osiągnięcia politycznych i terytorialnych korzyści.

Kosztem Palestyńczyków …
Nie tylko. Syjonizm cofa dorobek cywilizacyjny ludzkości.  Jest powrotem do tradycji plemiennych, kodeksem moralnym, który używa krzywdy innych dla źle pojmowanego szczęścia nacji własnej.
Pytanie o syjonizm jest dla mnie szczególnie ważne, bo dotyczy mojej tożsamości jako Palestyńczyka i katolickiego księdza. Moją rolą jest stanie po stronie prawdy, moją odpowiedzią jest teologia.

Teologia kontekstualna?
Tak - teologia, która szuka znaczenia słowa Bożego w kontekście realiów społecznych, historycznych i kulturowych – inaczej teologia inkarnacji, która łączy ponadczasowe, wieczne, objawione słowo Boga z czasem, w którym żyjemy teraz; łączy teologię z: kulturą i historią. Jest więc pryzmatem, przez który musimy patrzeć  by zrozumieć co do nas mówi Bóg.

To zapewne trochę skomplikowane …
Nie aż tak bardzo jak by się mogło wydawać. Teologia w Palestynie to nie abstrakcyjna nauka czy jedynie wyspecjalizowany namysł szukający rozumowych podstaw wiary. To codzienna konieczność i powszednia refleksja wielu, także zwykłych ludzi, ale przede wszystkim …  Narzędzie przetrwania.
Przynajmniej od czasu Wojny Sześciodniowej.  

Dlaczego?
Wojna sprowokowała szereg poniekąd nowych dla nas pytań. Zaczęliśmy się zastanawiać czym i jaka jest misja chrześcijan w obliczu okupacji, co to znaczy być chrześcijaninem Arabem, co znaczy nasza palestyńskość. Do tego doszedł problem etnicznej dyskryminacji. Rozbudowa osiedli, zabór ziemi, judaizacja Jerozolimy - wydażenia, które naprawdę wstrząsnęły życiem Palestyńczyków, w tym chrześcijan. Co więcej okupacja stała się nie tylko zagadnieniem natury politycznej, ale także problemem teologicznym.

W jaki sposób?
Izraelska kolonizacja  w dużej mierze upatruje swą legitymację w objawieniu. Innymi słowy - prawo do podboju jest tłumaczone Boską wolą. Teologia kontekstualna służy zatem jako argument w dyskusji z manipulacją objawienia. Inna sprawa, że powstanie teologii kontekstualnej było praktyczną potrzebą duszpasterstwa. Ludzie byli zagubiemi. Przychodzili i  mówili: Żydzi zabierają naszą ziemię i niszczą uprawy, przychodzą z karabinem na ramieniu i Pismem Świętym pod pachą. Czy tego chce Bóg? Wielu się poddało,  porzucili wiarę.
W warunkach okupacji, namysł teologiczny stałsię zatem konieczny. Palestyńska teologia kontekstualna jest odpowiedzią na pytania praktyczne, a zarazem najważniejsze. Jest warunkiem  naszego przetrwania i narzędziem w sporze o prawdę.

Co jest zatem prawdą?
Prawda została objawiona dwa tysiące lata temu, a my musimy ją odkrywać ciągle na nowo. Klasyczna teologia mówi o uniwersalnym ponadczasowym posłannictwie miłosiernego Chrystusa. Teologia kontekstualna mówi o tej samej prawdzie, ale w odniesieniu do konkretnych realiów społecznych. Realia okupacji powodują, że problemy dnia codziennego stają się problemami teologicznymi.

Na przykład jakie?
Weźmy za przykład choćby zagadnienie ziemi. Syjonizm powstał jako idea kolonizacji skoncentrowana wokół hasła „ziemia bez ludzi dla ludzi bez ziemi”, ignorując prawa rdzennej ludności palestyńskiej. Jednocześnie jednak syjoniści doskonale wiedzieli, że upragniona przez nich ziemia ma własnych mieszkańców. Syjonistyczna idea powrotu do „ziemi bez ludzi” oznaczała zatem odzyskanie własności przynależnej jedynie Żydom– ziemi obiecanej. Mimo swojej laickiej czy lewicowej genezy syjonizm powstał jako ruch wypełniający historyczną koniczność objawienia. Związek pomiędzy syjonizmem a religijnym radykalizmem jest oczywisty, gdyż kolonizacja ziemi jest wspólnym narzędziem obu ruchów. Sami Palestyńczycy natomiast są poddani opresji i prześladowaniu tylko dlatego, że stoją na przeszkodzie owych planów. Mówiąc wprost – tylko dlatego, że im się ziemia obiecana nie należy, bo nie są Żydami.
To nie wszystko, popatrzmy dalej - na konsekwencje, mamy więc: stymulację przesiedleń, ograniczanie prawa rozwoju przestrzennego, przejmowanie czy niszczenie upraw, rozbudowę osadnictwa. Innymi słowy usprawiedliwienie i praktyka okupacji.
Innym przykładem jest tzw. „prawo do powrotu”. Prawo to przyznaje możliwość uzyskania obywatelstwa Izraela na podstawie wyznania. Jednocześnie Izrael zabrania prawa do powrotu palestyńskim uchodźcom, którzy utracili swe domy w wyniku wojny 1947-1949.  Mamy więc sytuację, gdzie konkretna grupa etniczna cieszy się prawem do ziemi na podstawie legitymacji wyznaniowej. Jest to sytuacja wybitnie niebezpieczna, gdyż usprawiedliwia krzywdę sankcją objawionego słowa.
Sytuacja, w której wola Boga jest na usługach ideologii jest nie tylko wypaczeniem z teologicznego punku widzenia, to po prostu zagrożenie bezpieczeństwa. Interpretacja syjonistów to najkrótsza droga do wyniszczenia.

Czy żydowskie objawienie jest potrzebne palestyńskim chrześcijanom?
Wszystko jest kwestią interpretacji. Stary Testament jest używany tak, by służył jako narzędzie krzywdy, ale to nie znaczy, że nie może być podstawą do szukania sprawiedliwości. Ogromna cześć Starego Testamentu jest prawdą uniwersalną, istnieje jednak duża cześć problematyki w sposób szczególny związana z historią narodu żydowskiego. W obliczu dziejącej się dziś okupacji palestyńscy chrześcijanie tracą wiarę w tą część objawienia, która jest związana z judaizmem jako takim. Wielu mówi ‘Stary Testament mnie nie obchodzi, to żydowska książka’. Palestyńscy chrześcijanie się pogubili, pytają: ‘czy Bóg jest przeciw nam,  jak może wybierać jednych i  krzywdzić innych?’ ‘czy żydzi są narodem wybranym a  Palestyna obiecaną ziemią?’

Co im ksiądz odpowiada?
Powtarzam, że  największa obietnicą Boga był, jest i będzie Jezus Chrystus.  Żadna treść Starego Testamentu nie może być odczytana bez posłannictwa Chrystusa. Dzięki swej inkarnacji Bóg powiedział, że nie ma wybranego ludu, nie ma obiecanej ziemi. Chrystus nauczył nas, że wszyscy jesteśmy jego dziećmi, a cała ziemia jest wspólną własnością. Posłannictwo Chrystusa zdezaktualizowało koncepcje narodu wybranego.
Nasza rola jako Palestyńczyków polega na ciągłym przypominaniu, że spuścizna tego małego kawałka ziemi należy do wszystkich. Zarówno do tych którzy widzą w niej dziedzictwo antyczne, jak i do Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów. Teologia kontekstualna nie ogranicza się zatem jedynie do dyskusji z rzeczywistością polityczną Syjonizmu. To namysł nad wolą Boga w ogóle.

Czego zatem chce Bóg?  
Wierzę, że Bóg chce by tradycja Ziemi Świętej była tradycją całej ludzkości. Wierzę, że naszym obowiązkiem jest nauczanie, że Bóg nie wybrał narodu, który miałaby wyłączność na prawdę, czy nadrzędny status względem innych tradycji. Słowo Boga jest uniwersalne tak jak uniwersalna jest tradycja Ziemi Świętej.
Palestyna może być miejscem dialogu, mamy przecież wiele wspólnego. Jesteśmy dziećmi jednego Boga, potomkami tych samych proroków i wyznawcami uniwersalnych, objawionych kodeksów moralnych. To podstawy, które dał nam Bóg po to byśmy mogli żyć w pokoju. Historia nie jest dziełem przypadku, tworzą ją ludzie. Dlatego jesteśmy za nią odpowiedzialni. Losy Ziemi Świętej były historią wojny, ale też i pokoju. Dobro ludzi mieszkających w Palestynie zależy od nas samych.

Czy pokojowa koegzystencja w ramach jednej niepodzielonej Jerozolimy jest możliwa?
Tak ale pod warunkiem, że Jerozolima będzie miastem o statucie corpus separatum (miastem eksterytorialnym pod zarządem międzynarodowym), tak jak rekomendują rezolucje prawa międzynarodowego. To jedyne wyjście. Wystarczy sięgnąć po przykłady z historii; za każdym razem, kiedy Jerozolima stawała się obiektem zaboru, historia miasta stawała się historią śmierci. Największym zagrożeniem Jerozolimy zawsze byli fanatyczni obrońcy jej świętości, którzy widzieli siebie jako jedynych prawych mieszkańców. Jedynie wtedy, kiedy Jerozolima była przedmiotem porozumienia, historia jej mieszkańców była historią rozwoju i dobrobytu. Tradycja miasta to nie tylko tradycja konfliktu. Jerozolima może rozkwitać niczym ogród, ale może też być cmentarzem. Wybór jest po naszej stronie. Jeśli uda nam się porozumieć w kwestii Jerozolimy wiara w pokojową koegzystencję dwóch narodów i trzech monoteizmów powróci. 
Jesień 2010

Ps. Rafiq Khoury nie jest już proboszczem w Birzeit. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy (wiosna 2012), mówił, że aktualnie pracuje na Uniwersytecie Betlejemskim.

Tekst ukazał się na łamach Czasopisma Internetowego BliskiWschód.pl 

Pękająca tożsamość Izraela


Niespełna tydzień temu na ulicę izraelskich miast wyszło 150 000 sfrustrowanych kryzysem protestujących. Fala demonstracji wywołała dyskusję nad kondycją izraelskiego społeczeństwa i jakością demokracji. To jak potoczą się losy „izraelskiej rewolucji” pozostaje niewiadomą. Jedno jest pewne, premier Netanjahu będzie musiał odpowiedzieć na coraz bardziej kategoryczne żądania.


Demonstracje rozpoczęły się prawie trzy tygodnie temu w Tel Awiwie, gdzie mała grupka aktywistów rozbiła namiot chcąc zwrócić uwagę na problem kryzysu mieszkaniowego. Mało kto się wówczas spodziewał, że będzie to wstępem do masowego protestu. W sobotę (30 lipiec) na ulicę wyszło około 150 000 ludzi. Jak pisał izraelski dziennik Ma`ariv był to największy obywatelski  protest w historii Izraela.
Trwające od dwóch dni demonstracje nie cichną, a lista żądań staje się coraz dłuższa. W początkowej fazie protestu jedynym postulatem było żądanie interwencji państwa w sferę budownictwa socjalnego. Dzisiaj demonstranci coraz głośniej domagają się ustąpienia Netanjahu.
Dotychczas mocna pozycja izraelskiego premiera słabnie - kruszy się pod ciosami głośnych medialnie wydarzeń: zamieszania wokół Flotylli I i II, śmierci Palestyńczyków zabitych podczas obchodów Nakby, zdobywającego coraz większą popularność palestyńskiego wniosku o głosowanie nad poparciem dla utworzenia niepodległego państwa na forum ONZ, powszechnej krytyki judaizacji Jerozolimy i rozwoju osadnictwa oraz zataczającego coraz szersze kręgi międzynarodowego bojkotu Izraela.
Jak się jednak wydaje, dopiero aktualnie trwające protesty mogą stać się bezpośrednią przyczyną kryzysu w ramach coraz mniej popularnej koalicji. Mimo, że pozycja premiera jest stosunkowo stabilna, to w obliczu narastających protestów będzie on zmuszony stawić czoła żądaniom niezadowolonych Izraelczyków.
Dotychczasowe niepowodzenia Netanjahu były bezpośrednio związane z kwestią palestyńską - problemem, którym izraelscy premierzy potrafią mniej lub bardziej skutecznie zarządzać. Niepokoje i protesty wśród Izraelczyków są z punktu widzenia Netanjahu problemem bardziej istotnym. Palestyńczycy nie biorą udziału w wyborach, Żydzi tak.

Czego chcą?


Przyczyną niezadowolenia jest pogarszająca się stopa życiowa, powodowana boomem na rynku nieruchomości, który zmusił w ostatnich latach wielu Izraelczyków do ponoszenia niespotykanych dotąd wydatków.
Podczas, gdy średnia Izraelska pensja wynosi około 2500 USD (w przypadku pracowników sektorów kluczowych, takich jak nauczyciele czy lekarze 2000 USD) koszt wynajmu trzypokojowego mieszkania w Jerozolimie czy Tel Awiwie wynosi około 1000 dolarów.
W opinii części Izraelczyków bezpośrednia odpowiedzialność za windujące ceny nieruchomości leży po stronie premiera, który jest oskarżany o stymulację rynku, ukierunkowaną na bogatych inwestorów z zagranicy – głównie USA, Francji i Rosji. Owa polityka miała stać się zdaniem niektórych przyczyną sztucznego zawyżania cen. W domyśle, chodzi także o bezpośrednie powiązanie premiera z inwestorami rynku nieruchomości, co pozwoliło na dostęp do lukratywnych interesów i ukierunkowaną na bogatego odbiorcę politykę. Choć owe oskarżenia są w sferze domysłów i występują raczej jako komentarz ogólnej i wolnej od konkretów publicystyki, to patrząc na dane ekonomiczne nie trudno oprzeć się wrażeniu, że protestujący mają podstawy do niezadowolenia.
W przeciągu kadencji Netanjahu ceny nieruchomości wzrosły o 35%. Windujące koszty  pociągnęły za sobą wydatki, do których żyjący dotychczas dostatnio Izraelczycy nie są przyzwyczajeni. Koszty okazują się szczególnie dotkliwe dla nisko opłacanych pracowników budżetówki. Nic dziwnego zatem, że protest, który miał początkowo jeden skonkretyzowany wymiar objął swym zasięgiem różnorodne grupy społeczne, a tym samym zmienił swój charakter.
Protest stał się niemalże masowy. Na ulicę wyszli ludzie młodzi, nauczyciele, lekarze, studenci, pielęgniarki, młode matki, przedstawiciele wolnych zawodów. Jednocześnie więc wydłużyła się lista postulatów. Jak informował 2 sierpnia izraelski dziennik Haaretz, protestujący domagają się: wznowienia subsydiowanego  budownictwa socjalnego; wprowadzenia poprawek do Ustawy o Budownictwie, które zobowiązałby wykonawców do budowania tanich mieszkań; stopniowej redukcji podatków (w tym podatku VAT); podniesienia płacy minimalnej do poziomu 50% średniego wynagrodzenia; zagwarantowania publicznej, darmowej opieki przedszkolnej od trzeciego miesiąca życia dziecka; zredukowania liczebności klas szkolnych do poziomu 21 uczniów; zwiększenia liczebności nauczycieli, policjantów, strażaków, pracowników socjalnych, lekarzy, pielęgniarek i szpitalnych łóżek.
Protesty opanowały wszystkie najważniejsze miasta kraju: Tel Awiw, Jerozolimę, Hajfę. Zasięg demonstracji jest bez precedensu, trwające od ponad trzech tygodni niepokoje zmieniły tradycyjny dla izraelskiego społeczeństwa obraz protestów zazwyczaj ograniczających się jedynie do Jerozolimy. Część komentatorów podkreśla swoisty quasi-rewolucyjny charakter demonstracji, poczucie zjednoczenia nie różnicującego pomiędzy przedstawicielami różnych grup społecznych, duch braterstwa i obywatelskiego zaangażowania. Wielu widzi w protestach nie tyle demonstrację niezadowolonych, co przebudzenie ludzi, którzy chcą zmian i chcą być za nie odpowiedzialni, ruch gotowych na poświecenie obywateli, zjednoczonych by przeciwstawić się niesprawiedliwości i samowoli władzy.
Jak pisał Amos Oz komentując wydarzenia na łamach Haaretz:
Izraelskie miasteczko namiotowe jest wspaniałym przykładem odżywającego poczucia jedności i braterstwa.
W ujęciu Oza, protesty to nie tyle forma demonstracji roszczeniowych żądań, ale dziejący się na naszych oczach mit zjednoczenia społeczeństwa, które nie zapomniało czym jest poczucie braterstwa. Oto bowiem okazuje się, że w kraju, w którym od co najmniej dekady autorytety załamują ręce nad upadkiem tradycyjnych dla Izraela wartości, dziesiątki tysięcy na ulicach krzyczy jednym głosem. Niespotykana od lat specyficzna atmosfera protestu, charakter postulatów, masowa skala i ich powszechny zasięg, skłoniły część komentatorów do porównań wystąpień z rewolucyjną falą krajów arabskich, gdzie demonstracje o charakterze ekonomicznym stały się wstępem do sprzeciwu wobec władzy w ogóle.
Jednak dla wielu Izraelskich publicystów porównania do rewolucji egipskiej czy próby budowania analogii pomiędzy kairskim Placem Tahrir a Bulwarem Rotszylda w Tel Awiwie są co najmniej nie uprawnione. Jak pisał Mosze Arens, sytuacja w Izraelu nie jest aż tak zła jak by się to mogło wydawać z perspektywy namiotu demonstranta. Izrael cieszy się stabilną ekonomią, prawie pełnym zatrudnieniem, niskim długiem publicznym, innowacyjną gospodarką, zaawansowaną tradycją stymulacji nauki i wynalazczości; a żądania Izraelskiej klasy średniej są raczej przejawem swoistych pretensji post-materialnych. Jakkolwiek zrozumiałe pragnienia protestujących, nie mogą żadną miarą być przyrównane do protestów egipskich. Trudno jest bowiem przyznać, że żądanie Izraelskich matek domagające się tanich czy darmowych przedszkoli może być przyrównane do żądania Egipskich matek krzyczących o sprawiedliwość dla oprawców ich synów. Pomimo aspektu ekonomicznego wymiar obydwu rewolucji nie jest taki sam. Ostatecznie rzecz biorąc, w przeciwieństwie do protestujących z placu Tahrir, Izraelczycy mogą być pewni, że poza demonstracją mają zagwarantowaną inną formę nacisku – wolne wybory.

Co reprezentują ?


Jednakowoż, można by się zastanowić czy Arens ma rację. Nawet jeśli w Izraelu wolne wybory są podstawą politycznej legitymacji, nie oznacza to bynajmniej, że są one mechanizmem odzwierciedlającym wolę społeczeństwa.
Problem dobrze obrazuje chociażby ostania elekcja. Zwycięzcą głosowania nie był bynajmniej rządzący Likud, ale centrowa Kadima, której jednak zabrakło głosów by samodzielnie ukonstytuować rząd. Decyzją prezydenta, który posiada konstytucyjne prawo desygnacji premiera, misja utworzenia gabinetu przypadła Netanjahu – przewodniczącemu drugiego w wyborczym wyścigu Likudu. Netanjahu zaproponował koalicję mniejszym partiom radykalnym i zdołał zorganizować parlamentarną większość.
Premier mógł co prawda postąpić inaczej i podzielić się władzą z Kadimą tworząc rząd jedności z reprezentującą partię pracy Livini. Układ taki byłby podobny chociażby gabinetowi rządzącemu w wyniku wyborów w 1984, gdzie urząd premiera sprawowali rotacyjnie Szymon Peres i Icchak Rabin. Jak pokazywały ówczesne sondaże zdecydowana większość wyborców preferowała taki właśnie układ. Netanhajnu wolał się jednak zjednoczyć z mniejszymi radykałami oraz niedobitkami Partii Pracy reprezentowanej przez „niezatapialnego” Ehuda Baraka. Decyzja Netanjahu zdeterminowała kształt chaotycznej polityki jego gabinetu. Okazało się bowiem, że wybrana koalicja nie jest aż tak wygodna jak by tego chciał premier. Motywacją Netanjahu, pchającą ku zróżnicowanej koalicji była chęć uniknięcia sytuacji, w której musiałby się liczyć ze zdaniem silnego koalicjanta w postaci Kadimy. Realia dokonanego wyboru pokazały jednak, że proces decyzyjny jest zdeterminowany jeszcze trudniejsza współpracą a sam Netanjahu jest zależy od interesów koalicjantów.
Oczywiście proces zawierania koalicji i związany z nim problem reprezentacji nie jest charakterystyczny jedynie dla Izraela. Idea koalicyjności jest w założeniu mechanizmem uzyskania jak najszerszej reprezentacji, ale nie tylko… Jest także narzędziem budowania przedstawicielstwa, która ma najpełniej wyrażać wolę wyborców.
Można by oczywiście debatować czy decyzja Netanjahu o zawarciu koalicji z Kadimą nie była by sprzeniewierzeniem wobec władnego elektoratu, albo, na ile z takiego obrotu sprawy byłby szczęśliwy elektorat Kadimy. Dyskusja to zapewne długa i trudna do podparcia wymiernymi statystykami. Operując faktami, można jednak jasno stwierdzić, że 785 tys. głosujących na Kadimę wyborców nie ma aktualnie reprezentacji w Izraelskim gabinecie. Na daną chwilę brakuje statystyk, które mogłyby odpowiedzieć na pytanie czy protestujący na ulicach Izraela to po części zawiedzeni wyborcy Kadimy. Jak się jednak wydaje, nie ma to większego znaczenia, gdyż demonstrujący reprezentują bardziej różnorodne spektrum.
To co może być istotne, to, zapewne bliskie prawdzie założenie, że demonstranci są po prostu tą częścią społeczeństwa, która chce przypomnieć izraelskim decydentom, że źródłem legitymacji ich władzy nie są polityczne układy ale wola wyborców.

Społeczna gospodarka nierynkowa izraelskiej prawicy.


Dotychczasowa reakcja Netanjahu była ostrożna. Jak zapewniał premier państwo zaoferuje 50% zniżkę na cenę posiadanych gruntów  nabywanych przez deweloperów. Niższa cena będzie zagwarantowana dla tych przedsiębiorców, którzy zaoferują najniższą cenę przyszłych mieszkań. Przy przyznawaniu zredukowanej stawki preferowani będą ponadto ci wykonawcy, którzy zobowiążą się do sprzedaży mieszkań uwzględniając preferencje dla młodych małżeństw i emerytowanych żołnierzy.  Państwo zainicjuje ponadto, wybudowanie mieszkań sprzedawanych jako nieruchomości objęte długoterminowymi umowami wynajmu, grunty pod budowę będące własnością państwa mają być oddawane za darmo tym wykonawcom, którzy zagwarantują najniższą cenę.
Premier zapowiedział ponadto, wykorzystanie części rezerwy budżetowej na wybudowanie akademików mających zapewnić miejsce 10 000 studentom. Dodatkowo obiecał wprowadzenie 50% ulgi na przejazdy kolejowe i autobusowe dla studentów. Mimo zapewnień co do częściowych reform, polityka socjalna Netanjahu i jego gabinetu w swym ogólnym wymiarze nie ulegnie zapewnie zmianie. Już u początku protestów premier sięgnął po typową w walce z socjalnymi roszczeniami oręż – gloryfikację wolnego rynku i zapewnienie o przywiązaniu do liberalnych wartości.
1 sierpnia, przy okazji specjalnej sesji Knesetu upamiętniającej rocznicę śmierci lidera prawicowego syjonizmu Zeev-a Żabotyńskiego, Netanjahu użył słów nieżyjącego przywódcy mówiąc: Wolna konkurencja gospodarcza nie jest problem. Problemem jest za to jej brak. Brak wolnego rynku niszczy obywatela.
Powoływanie się na autorytet Żabotyńskiego nie jest przypadkowe. Żabotyński jako polityk syjonistycznej prawicy widział w socjalistycznych ideach, przyświecających budowie Izraela zagrożenie, sprzeciwiał się aktywnie lewicowym ojcom założycielom, a w konsekwencji stał się ideowym przywódcą Likudu. Netanjahu jako przywódca Likudu stara się odgrywać rolę męża opatrznościowego izraelskiego liberalizmu. 
Jednak dla wielu Izraelczyków Netanjahu liberałem nie jest, a jego powoływanie się na wolny rynek nie ma żadnego umocowania w praktyce. Netanjahu jest przede wszystkim zwolennikiem subsydiowania ponad 50 jesziw (wyższych szkół talmudycznych), gdzie pobierają darmową edukacje żydowscy ortodoksi. Szkoły te, są nie tylko problemem ze względu na koszta doraźne. Nie bez znaczenia jest fakt, że absolwenci powyższych częstokroć nie nadążają za wymogami współczesności, ich talmudyczna wiedza nie ma rynkowego zastosowania, a jej posiadacze zasilają szeregi utrzymywanej między innymi na koszt państwa bezrobotnej biedoty.
W opinii części Izraelczyków, nawet jeśli egzystencja owych szkół jest uświęcona tradycją, tożsamością i wiarą, to nie oznacza to automatycznie zmuszania świeckiej części społeczeństwa do ponoszenia kosztów ich istnienia. Mimo, że dyskusja nad zakresem subsydiowania talmudycznego nauczania nie jest nowa, to w obliczu kryzysu w oczywisty sposób powraca ze zdwojoną siłą.
Izrael jako państwo został zbudowany na podstawie dwóch najważniejszych tożsamości: tradycji judaizmu oraz socjalistycznej ideologii świeckiego syjonizmu. Podczas, gdy egalitarne idee syjonistyczne już dawno utraciły swój społeczny, zasadzający się na fundamentach opiekuńczości, wymiar, tożsamość religijna wciąż jest podstawą do ekonomicznych korzyści dla tysięcy ortodoksyjnych beneficjentów. Idea subsydiowania religijnego szkolnictwa nie ma nic wspólnego, ani z socjalistyczną wizją równości ani z liberalną gloryfikacją wolnej konkurencji.
Inny, bynajmniej nie liberalny (w sensie ekonomicznym), aspekt polityki Netanjahu to problem rozwoju żydowskiego osadnictwa na obszarze Okupowanego Terytorium Palestyńskiego (OTP). Netanjahu będzie musiał odpowiedzieć niezadowolonym Izraelczykom, dlaczego państwo nie jest w stanie utrzymać zorientowanej socjalnie polityki mieszkaniowej w Tel Awiwie, Aszdod czy Hajfie, podczas gdy jednocześnie utrzymuje, pochłaniającą krocie publicznych pieniędzy politykę osadniczą.
Abstrahując od moralnego wymiaru problematyki, a sprowadzając zagadnienie jedynie do zakresu rynkowego, polityka wsparcia kolonizacji ziem palestyńskich jest czystą niesprawiedliwością.
Wiąże się ona ze strategią promocji osadnictwa, prowadzonej w ramach przyznawania osiedlom specjalnego statusu gwarantującego mieszkańcom szereg preferencyjnych warunków.  Państwo umożliwia osadnikom zakup tanich subsydiowanych mieszkań; dostęp do refundowanych, niskooprocentowanych kredytów; gwarantuje bezpłatne szkolnictwo i opiekę przedszkolną od 3 roku życia oraz darmowy transport dzieci do szkół; preferuje dzieci osadników przy okazji przyznawania stypendiów edukacyjnych; zapewnia wyższe pensje dla nauczycieli i lekarzy; gwarantuje subsydiowanie podatków nakładanych przez UE na produkty rolne oraz aplikuje niższe stawki podatkowe.
Preferencyjna polityka jest formułowana w ramach kreowania tzw. „obszarów o znaczeniu priorytetowym” obejmujących aktualnie około 70% osiedli. Polityka gabinetu Netanjahu jest motywowana przez wymogi specyficznej koalicji, w skład której obok macierzystego Likudu wchodzą nacjonalistyczny Ysrael Beitenu (Nasz Dom) oraz ortodoksyjny Szas. Nasz Dom postrzega istnienie osiedli jako cel strategiczny, ucieleśnienie idei wielkiego Izraela  i  przestrzeń życiową. Ortodoksyjna religijna partia Szas z kolei, widzi w osiedlach realizację uświęconej obecności żydowskiej na terenach biblijnych, które siłą rzeczy nie mogą być zamieszkane przez Arabów. Sam Likud z kolei, traktuje osiedla jako bufor bezpieczeństwa, pretekst do obecności wojskowej i znakomitą kartę przetargową na wypadek negocjacji z Palestyńczykami.
Tym samym więc, polityka rozbudowy osadnictwa jak i wspierania osadników ma swoje gruntowne umocowanie w programach politycznych koalicjantów jak i systemie wartości przez nich wyznawanych.
W obliczu realiów koalicyjnych i biorąc pod uwagę program polityczny Likudu, słowa premiera, powołującego się na wartości liberalne, są co najmniej mało wiarygodne, by nie rzec groteskowe. Promująca osadnictwo polityka jest ponadto przedmiotem krytyki, jako przejaw wsparcia uprzywilejowanych podmiotów gospodarczych, jakim są banki i przedsiębiorstwa budowlane.
Mimo, że sam udział banków w osadniczych inwestycjach nie jest z ekonomicznego punktu widzenia niczym zadziwiającym, to część komentatorów widzi w zaangażowaniu sektora bankowego i budowlanego bezpośredni interes finansowych potentatów, naprzeciwko któremu wychodzą Izraelscy decydenci z Netanjahu na czele. Problem rzekomego powiązania premiera z inwestorami z sektora nieruchomości krytykował między innymi Amos Oz, który określił niedawno rolę premiera jako:
Bezprecedensowe poparcie dla nieograniczonego bogacenia się grupy potentatów i ich dworów kosztem klasy średniej i biedoty.
Komentarz Oza, nie jest zapewne pozbawiony podstaw. Już sam udział banków i firm budowlanych w osadniczych przedsięwzięciach, jest na rękę dość wąskiej grupie inwestorów. Banki korzystają z okupacji i osadnictwa na szereg sposobów.
Po pierwsze, zapewniają niskooprocentowane kredyty hipoteczne dla potencjalnych nabywców nieruchomości oraz wykonawców. W przypadku wykonawców, pożyczki są konieczne dla szybkiej realizacji dużej ilości projektów, których ukończenie nie byłoby możliwe bez dodatkowych źródeł finansowania. Korzyścią banków jest oprocentowanie oraz możliwość ewentualnego przejęcia własności nad nieruchomością w przypadku nieukończenia czy nie-sprzedania projektu.
Osobną kwestią jest popyt, który jest stymulowany przez kredyty dla nabywców. Owa strategia sprzężona z państwową polityką subsydiowania zakupu nieruchomości, gwarantuje jego ciągłość, co z jednej strony zapewnia preferencyjne warunki zakupu dla osadników, a jednocześnie stymuluje podaż, która jest gwarantowana kredytowaniem banków dla wykonawców.
Po drugie. Z usług banków korzystają władze lokalne. Podobnie jak wykonawcy, zarządzający lokalnie przedstawiciele władzy są bezpośrednio powiązani z systemem bankowym poprzez pobieranie kredytów finansujących rozwój lokalnej infrastruktury, zarządzanie finansami i inwestycjami oraz świadczeniem inny usług bankowych.
Po trzecie. Z podobnych usług korzystają sami osadnicy, klienci indywidualni i biznesowi. Wraz ze zwiększaniem się liczy osadników zwiększa się liczba sprzedawanych przez banki usług. Z punktu widzenia przedsiębiorstw budowlanych natomiast, gwarantowany za pomocą państwowych subsydiów popyt zapewnia ciągłość inwestycyjną.
Podsumowując, nawet jeśli charakter bezpośredniego powiązania Netanjahu ze światem biznesu zaangażowanego w inwestycje osadnicze pozostaje w sferze spekulacji, to zbieżność owych interesów jest oczywista. Ze względu bowiem na szereg korzyści, zarówno banki jak i przedsiębiorcy budowlani są zainteresowani kontynuacją promocji osadnictwa, to zaś, jest na rękę politykom, którzy osadnictwo kreują ze względów strategicznych, ideologicznych i propagandowych.
Mimo, że zbieżność interesów państwa z interesem kapitału, nie jest jeszcze powodem by określać władzę państwa mianem nieliberalnej, to współpraca w ramach jednego, nacechowanego ideologicznie projektu, który promuje interesy jednej grupy społecznej kosztem reszty obywateli, jest od liberalizmu dalekie.
Zaangażowanie w projekt promocji osadnictwa wykracza ponadto poza sferę współpracy państwa z inwestorami, a wręcz może przybrać wymiar dyskryminacji tych podmiotów, które takowej współpracy nie chcą. Ciekawym przykładem ilustrującym problem jest kwestia projektu budowlanego Rawabi. Rawabi to przedsięwzięcie wykreowane przez palestyńko-katarski koncern, które zakłada wybudowanie palestyńskiego miasta (Rawabi) położnego pomiędzy Ramallah a Nablusem (Okupowane Terytorium Palestyńskie). W styczniu 2011, spółka pozyskała współpracę z 12 izraelskimi partnerami – firmami budowlanymi. Warunkiem współpracy nałożonym jako obwarowanie ze strony koncernu było zobowiązanie izraelskich partnerów, by nie używali w ramach prac budowlanych produktów pochodzących z fabryk położonych na terenie osiedli oraz produktów na terenie osiedli wydobywanych (chociażby kamienia pozyskiwanego na terenach okupowanych).
Motywacją obwarowania było polityczne opowiedzenie się koncernu po stronie promowanego przez palestyńskiego premiera bojkotu osiedli, których istnienie jest sprzeczne z prawem międzynarodowym. Pomimo kontrowersyjnego charakteru projektu, 12 wspomnianych izraelskich wykonawców przystało na warunki koncernu. Jak się można domyślać, motywacją izraelskich współpracowników była zapewne nie tyle chęć manifestacji sprzeciwu wobec osiedli, co skorzystanie z lukratywnych warunków zaproponowanej przez koncern umowy. Izraelskie firmy zdecydowały się zapewne na udział w przedsięwzięciu motywując się względami natury ekonomiczniej, nie bacząc na jej ideologiczny czy polityczny wymiar. Decyzja spotkała się za to z ostracyzmem na łonie izraelskiego Knesetu. Związana z Naszym Domem, Szasem i Likudem grupa parlamentarzystów wezwała premiera Netanjahu do bojkotu firm, które zdecydują się na współpracę. Żądanie zostało poparte na forum ekonomicznym Knesetu a jeden z deputowanych  (Aryeh Eldad) mówił wprost.
Niech będzie jasne, że każda z Izraelskich firm biorąca udział w budowaniu Rawabi, już nigdy nie wybuduje niczego w Tel Awiwie.
Żądanie radykalnych członków Knesetu zyskało natychmiastowy aplauz izraelskich agencji osadniczych. Pomijając polityczny aspekt problematyki należy jasno stwierdzić – tego rodzaju interwencja jest daleka od zasad wolnego rynku, gwałci prawo do wolnej konkurencji i jest narzędziem ingerencji polityki w sferę gospodarki celem wywarcia konkretnego zamierzenia ideologicznego.
Ideologia wpierania osadnictwa propagowana przez Netanjahu i jego współpracowników stoi w swej całej rozciągłości w sprzeczności z wartościami wolnorynkowej gospodarki i społeczeństwa liberalnego.

Łatwe decyzje a ich konsekwencje.


W obliczu powyższych uwarunkowań starania Netanjahu, zasadzające się na odwoływaniu się do idei liberalizmu jak i podstawy legitymacji ideologicznej politycznego mandatu, są zapewne niewystarczające. Trudo się bowiem spodziewać, by premier zasadniczo przewartościował swoją politykę. Jak się wydaje, każde posunięcie premiera będzie obciążone ryzykiem braku autentyczności. Podczas, gdy promowanie liberalizmu jest pozbawione tradycji dotychczasowej polityki, zwrot ku radykalnej koncepcji państwa opiekuńczego jawi się jako scenariusz równie mało wiarygodny.
Stabilna dotąd pozycja premiera słabnie. Spadek popularności wiąże się ponadto z podkreślanym przez komentatorów przeświadczeniem części demonstrujących, że premier jest bezpośrednio odpowiedzialny za kryzys. Oskarżenie to, choć wydaje się bliskie nieskomplikowanemu populizmowi, ma swoje umocowane w realiach dnia codziennego tysięcy Izraelczyków.
Wielu bowiem obwinia gabinet Netanjahu za promocję napływu kapitału z bogatych ośrodków żydowskiej diaspory Nowego Jorku, Miami i Paryża, który w głównej mierze skoncentrował się na zakupie nieruchomości. Znaczenie zastrzyku pieniędzy powodowanego inwestycjami, było niewspółmiernie małe w stosunku do dramatycznego wzrostu cen nieruchomości. W najbardziej popularnych turystycznych lokacjach Tel Awiwu, Netanji czy Jerozolimy w przeciągu ostatnich trzech lat, ceny nieruchomości wzrosły ponad 40%. Beneficjentami stały się wąskie grupy inwestorów, przeciętni mieszkańcy zaś, doświadczyli wzrostu kosztów poprzez coraz trudniejsze realia.
Resentyment względem najbogatszych jest eksploatowany przez Netanjahu, którego otocznie próbuje prostego zaszufladkowania protestujących jako „nieliczne lewicowe grupki”. Z jednej strony premier proponuje częściowe reformy, doceniając głos protestujących, ale jednocześnie stara się umniejszyć ich znaczenie.
Jak się jednak wydaje, jest to raczej taktyka doraźna, a sam Netanjahu będzie musiał zdobyć się na bardziej zróżnicowane posunięcia.
Jak pokazują sondaże około 87% Izraelczyków popiera namiotowy protest. Trudno określić tak znakomitą część społeczeństwa jedynie jako natchnioną lewicowymi ideami grupę. Podobnie, pragnienie Izraelczyków wołające o zminimalizowanie wpływu potentatów nie jest jedynie populistycznym zawołaniem, ale szczerą obawą. Jak się można domyślać, niechęć ta jest nie tyle niechęcią w stosunku do najbogatszych, co strachem przez finansową oligarchią. W mocno zintegrowanej wokół pieniądza kulturze żydowskiej, bogacenie się czy posiadanie własności nie jest nacechowane negatywnie, wręcz przeciwnie, jest wartością jak najbardziej pozytywną. Jednocześnie jednak, współczesny Izrael wyrósł na ideach egalitarnych, obywatelskiej współpracy i odpowiedzialności. Podczas gdy samo bogacenie się problemem nie jest, to izolacja wąskich grup oligarchii jest postrzegana jako element negatywny.
Jak się można spodziewać, taktyka minimalizowania znaczenia protestów poprzez sprowadzanie jej genezy do roszczeniowej postawy lewicowo zorientowanych demonstrujących nie zapewni Netanjahu wystarczającego poparcia.  Nawet jeśli skromna część 87% popierających idee protestu Izraelczyków zdecyduje się na manifestację swych poglądów na drodze wyborów, pozycja Netanjahu znacząco osłabnie.
Odpowiedź na żądania protestujących może się jednak okazać bardziej skomplikowana. Część komentatorów podkreśla, że charakter demonstrowanych żądań wykracza daleko poza sferę niezadowolenia z rosnącego wpływu finansowych magnatów czy prostej roszczeniowej postawy. W opinii wielu, protesty są raczej ucieleśnieniem dokonującego się od co najmniej dekady rozkładu tradycyjnej Izraelskiej tożsamości. Przez lata bowiem solidaryzm izraelski był budowany jako konieczność integracji zagrożonych przez antysemityzm obywateli. W owym ujęciu Izraelczycy niejako czuli się zobowiązani do ponoszenia trudów budowania państwowości i jej ochrony w imię racji wyższych. W zamian, mogli być stosunkowo pewni stabilnej roztaczającej socjalny nadzór sfery opiekuńczości państwowej oraz jakości władzy.
Wraz ze zniknięciem opiekuńczości i rozgoryczeniem względem władzy, tradycyjny solidaryzm traci swoje zasadnicze elementy stając się ideą pustą, wymagającą jedności wokół państwa, które przestaje gwarantować oczekiwane korzyści.
Dodatkowym problemem są ekonomiczne koszta kontynuacji tradycyjnego modelu socjalizującego. Jeśli państwo Izrael nie jest w stanie dłużej ponosić ciężarów opiekuńczości, pęknięcia w izraelskiej tożsamości będą coraz głębsze.
Politycy Izraelscy będą musieli uświadomić sobie, że poparcie dla ich władzy przestaje być politycznym pewnikiem. Chcąc odzyskać zaufanie obywateli będą zmuszeni do wykreowania nowych mechanizmów integracji.
Największym zagrożeniem dla jakości izraelskiej tożsamości, byłaby próba integracji poprzez odwołanie się do mechanizmów obrony umocowanych w poczuciu zagrożenia przed niebezpieczeństwem zewnętrznym. W wymiarze praktycznym, oznaczało by to zapewnie wykorzystanie idei obrony przed antysemityzmem. Jakkolwiek skuteczna w wymiarze propagandowym, koncepcja ta byłaby daleka od odpowiedzi na najbardziej zasadnicze problemy Izraelskiej tożsamości. Co więcej, mogłaby doprowadzić do eskalacji agresji, której najprostszą kanalizacją byłaby kolejny konflikt z Palestyńczykami.
Choć idea zaangażowania się w militarny konflikt w imię konsolidacji wyborczego elektoratu jest koncepcją krótkowzroczną, to jak się można domyślać wciąż możliwą. Pokusa uzyskania doraźnych rezultatów politycznych jako odpowiedź na głębszy kryzys może okazać się silna. To czy stanie się pokusą Netanjahu pokaże czas.
 Tekst ukazał sie na łamach czaspisma internetowego BliskiWschód.pl