Pękająca tożsamość Izraela


Niespełna tydzień temu na ulicę izraelskich miast wyszło 150 000 sfrustrowanych kryzysem protestujących. Fala demonstracji wywołała dyskusję nad kondycją izraelskiego społeczeństwa i jakością demokracji. To jak potoczą się losy „izraelskiej rewolucji” pozostaje niewiadomą. Jedno jest pewne, premier Netanjahu będzie musiał odpowiedzieć na coraz bardziej kategoryczne żądania.


Demonstracje rozpoczęły się prawie trzy tygodnie temu w Tel Awiwie, gdzie mała grupka aktywistów rozbiła namiot chcąc zwrócić uwagę na problem kryzysu mieszkaniowego. Mało kto się wówczas spodziewał, że będzie to wstępem do masowego protestu. W sobotę (30 lipiec) na ulicę wyszło około 150 000 ludzi. Jak pisał izraelski dziennik Ma`ariv był to największy obywatelski  protest w historii Izraela.
Trwające od dwóch dni demonstracje nie cichną, a lista żądań staje się coraz dłuższa. W początkowej fazie protestu jedynym postulatem było żądanie interwencji państwa w sferę budownictwa socjalnego. Dzisiaj demonstranci coraz głośniej domagają się ustąpienia Netanjahu.
Dotychczas mocna pozycja izraelskiego premiera słabnie - kruszy się pod ciosami głośnych medialnie wydarzeń: zamieszania wokół Flotylli I i II, śmierci Palestyńczyków zabitych podczas obchodów Nakby, zdobywającego coraz większą popularność palestyńskiego wniosku o głosowanie nad poparciem dla utworzenia niepodległego państwa na forum ONZ, powszechnej krytyki judaizacji Jerozolimy i rozwoju osadnictwa oraz zataczającego coraz szersze kręgi międzynarodowego bojkotu Izraela.
Jak się jednak wydaje, dopiero aktualnie trwające protesty mogą stać się bezpośrednią przyczyną kryzysu w ramach coraz mniej popularnej koalicji. Mimo, że pozycja premiera jest stosunkowo stabilna, to w obliczu narastających protestów będzie on zmuszony stawić czoła żądaniom niezadowolonych Izraelczyków.
Dotychczasowe niepowodzenia Netanjahu były bezpośrednio związane z kwestią palestyńską - problemem, którym izraelscy premierzy potrafią mniej lub bardziej skutecznie zarządzać. Niepokoje i protesty wśród Izraelczyków są z punktu widzenia Netanjahu problemem bardziej istotnym. Palestyńczycy nie biorą udziału w wyborach, Żydzi tak.

Czego chcą?


Przyczyną niezadowolenia jest pogarszająca się stopa życiowa, powodowana boomem na rynku nieruchomości, który zmusił w ostatnich latach wielu Izraelczyków do ponoszenia niespotykanych dotąd wydatków.
Podczas, gdy średnia Izraelska pensja wynosi około 2500 USD (w przypadku pracowników sektorów kluczowych, takich jak nauczyciele czy lekarze 2000 USD) koszt wynajmu trzypokojowego mieszkania w Jerozolimie czy Tel Awiwie wynosi około 1000 dolarów.
W opinii części Izraelczyków bezpośrednia odpowiedzialność za windujące ceny nieruchomości leży po stronie premiera, który jest oskarżany o stymulację rynku, ukierunkowaną na bogatych inwestorów z zagranicy – głównie USA, Francji i Rosji. Owa polityka miała stać się zdaniem niektórych przyczyną sztucznego zawyżania cen. W domyśle, chodzi także o bezpośrednie powiązanie premiera z inwestorami rynku nieruchomości, co pozwoliło na dostęp do lukratywnych interesów i ukierunkowaną na bogatego odbiorcę politykę. Choć owe oskarżenia są w sferze domysłów i występują raczej jako komentarz ogólnej i wolnej od konkretów publicystyki, to patrząc na dane ekonomiczne nie trudno oprzeć się wrażeniu, że protestujący mają podstawy do niezadowolenia.
W przeciągu kadencji Netanjahu ceny nieruchomości wzrosły o 35%. Windujące koszty  pociągnęły za sobą wydatki, do których żyjący dotychczas dostatnio Izraelczycy nie są przyzwyczajeni. Koszty okazują się szczególnie dotkliwe dla nisko opłacanych pracowników budżetówki. Nic dziwnego zatem, że protest, który miał początkowo jeden skonkretyzowany wymiar objął swym zasięgiem różnorodne grupy społeczne, a tym samym zmienił swój charakter.
Protest stał się niemalże masowy. Na ulicę wyszli ludzie młodzi, nauczyciele, lekarze, studenci, pielęgniarki, młode matki, przedstawiciele wolnych zawodów. Jednocześnie więc wydłużyła się lista postulatów. Jak informował 2 sierpnia izraelski dziennik Haaretz, protestujący domagają się: wznowienia subsydiowanego  budownictwa socjalnego; wprowadzenia poprawek do Ustawy o Budownictwie, które zobowiązałby wykonawców do budowania tanich mieszkań; stopniowej redukcji podatków (w tym podatku VAT); podniesienia płacy minimalnej do poziomu 50% średniego wynagrodzenia; zagwarantowania publicznej, darmowej opieki przedszkolnej od trzeciego miesiąca życia dziecka; zredukowania liczebności klas szkolnych do poziomu 21 uczniów; zwiększenia liczebności nauczycieli, policjantów, strażaków, pracowników socjalnych, lekarzy, pielęgniarek i szpitalnych łóżek.
Protesty opanowały wszystkie najważniejsze miasta kraju: Tel Awiw, Jerozolimę, Hajfę. Zasięg demonstracji jest bez precedensu, trwające od ponad trzech tygodni niepokoje zmieniły tradycyjny dla izraelskiego społeczeństwa obraz protestów zazwyczaj ograniczających się jedynie do Jerozolimy. Część komentatorów podkreśla swoisty quasi-rewolucyjny charakter demonstracji, poczucie zjednoczenia nie różnicującego pomiędzy przedstawicielami różnych grup społecznych, duch braterstwa i obywatelskiego zaangażowania. Wielu widzi w protestach nie tyle demonstrację niezadowolonych, co przebudzenie ludzi, którzy chcą zmian i chcą być za nie odpowiedzialni, ruch gotowych na poświecenie obywateli, zjednoczonych by przeciwstawić się niesprawiedliwości i samowoli władzy.
Jak pisał Amos Oz komentując wydarzenia na łamach Haaretz:
Izraelskie miasteczko namiotowe jest wspaniałym przykładem odżywającego poczucia jedności i braterstwa.
W ujęciu Oza, protesty to nie tyle forma demonstracji roszczeniowych żądań, ale dziejący się na naszych oczach mit zjednoczenia społeczeństwa, które nie zapomniało czym jest poczucie braterstwa. Oto bowiem okazuje się, że w kraju, w którym od co najmniej dekady autorytety załamują ręce nad upadkiem tradycyjnych dla Izraela wartości, dziesiątki tysięcy na ulicach krzyczy jednym głosem. Niespotykana od lat specyficzna atmosfera protestu, charakter postulatów, masowa skala i ich powszechny zasięg, skłoniły część komentatorów do porównań wystąpień z rewolucyjną falą krajów arabskich, gdzie demonstracje o charakterze ekonomicznym stały się wstępem do sprzeciwu wobec władzy w ogóle.
Jednak dla wielu Izraelskich publicystów porównania do rewolucji egipskiej czy próby budowania analogii pomiędzy kairskim Placem Tahrir a Bulwarem Rotszylda w Tel Awiwie są co najmniej nie uprawnione. Jak pisał Mosze Arens, sytuacja w Izraelu nie jest aż tak zła jak by się to mogło wydawać z perspektywy namiotu demonstranta. Izrael cieszy się stabilną ekonomią, prawie pełnym zatrudnieniem, niskim długiem publicznym, innowacyjną gospodarką, zaawansowaną tradycją stymulacji nauki i wynalazczości; a żądania Izraelskiej klasy średniej są raczej przejawem swoistych pretensji post-materialnych. Jakkolwiek zrozumiałe pragnienia protestujących, nie mogą żadną miarą być przyrównane do protestów egipskich. Trudno jest bowiem przyznać, że żądanie Izraelskich matek domagające się tanich czy darmowych przedszkoli może być przyrównane do żądania Egipskich matek krzyczących o sprawiedliwość dla oprawców ich synów. Pomimo aspektu ekonomicznego wymiar obydwu rewolucji nie jest taki sam. Ostatecznie rzecz biorąc, w przeciwieństwie do protestujących z placu Tahrir, Izraelczycy mogą być pewni, że poza demonstracją mają zagwarantowaną inną formę nacisku – wolne wybory.

Co reprezentują ?


Jednakowoż, można by się zastanowić czy Arens ma rację. Nawet jeśli w Izraelu wolne wybory są podstawą politycznej legitymacji, nie oznacza to bynajmniej, że są one mechanizmem odzwierciedlającym wolę społeczeństwa.
Problem dobrze obrazuje chociażby ostania elekcja. Zwycięzcą głosowania nie był bynajmniej rządzący Likud, ale centrowa Kadima, której jednak zabrakło głosów by samodzielnie ukonstytuować rząd. Decyzją prezydenta, który posiada konstytucyjne prawo desygnacji premiera, misja utworzenia gabinetu przypadła Netanjahu – przewodniczącemu drugiego w wyborczym wyścigu Likudu. Netanjahu zaproponował koalicję mniejszym partiom radykalnym i zdołał zorganizować parlamentarną większość.
Premier mógł co prawda postąpić inaczej i podzielić się władzą z Kadimą tworząc rząd jedności z reprezentującą partię pracy Livini. Układ taki byłby podobny chociażby gabinetowi rządzącemu w wyniku wyborów w 1984, gdzie urząd premiera sprawowali rotacyjnie Szymon Peres i Icchak Rabin. Jak pokazywały ówczesne sondaże zdecydowana większość wyborców preferowała taki właśnie układ. Netanhajnu wolał się jednak zjednoczyć z mniejszymi radykałami oraz niedobitkami Partii Pracy reprezentowanej przez „niezatapialnego” Ehuda Baraka. Decyzja Netanjahu zdeterminowała kształt chaotycznej polityki jego gabinetu. Okazało się bowiem, że wybrana koalicja nie jest aż tak wygodna jak by tego chciał premier. Motywacją Netanjahu, pchającą ku zróżnicowanej koalicji była chęć uniknięcia sytuacji, w której musiałby się liczyć ze zdaniem silnego koalicjanta w postaci Kadimy. Realia dokonanego wyboru pokazały jednak, że proces decyzyjny jest zdeterminowany jeszcze trudniejsza współpracą a sam Netanjahu jest zależy od interesów koalicjantów.
Oczywiście proces zawierania koalicji i związany z nim problem reprezentacji nie jest charakterystyczny jedynie dla Izraela. Idea koalicyjności jest w założeniu mechanizmem uzyskania jak najszerszej reprezentacji, ale nie tylko… Jest także narzędziem budowania przedstawicielstwa, która ma najpełniej wyrażać wolę wyborców.
Można by oczywiście debatować czy decyzja Netanjahu o zawarciu koalicji z Kadimą nie była by sprzeniewierzeniem wobec władnego elektoratu, albo, na ile z takiego obrotu sprawy byłby szczęśliwy elektorat Kadimy. Dyskusja to zapewne długa i trudna do podparcia wymiernymi statystykami. Operując faktami, można jednak jasno stwierdzić, że 785 tys. głosujących na Kadimę wyborców nie ma aktualnie reprezentacji w Izraelskim gabinecie. Na daną chwilę brakuje statystyk, które mogłyby odpowiedzieć na pytanie czy protestujący na ulicach Izraela to po części zawiedzeni wyborcy Kadimy. Jak się jednak wydaje, nie ma to większego znaczenia, gdyż demonstrujący reprezentują bardziej różnorodne spektrum.
To co może być istotne, to, zapewne bliskie prawdzie założenie, że demonstranci są po prostu tą częścią społeczeństwa, która chce przypomnieć izraelskim decydentom, że źródłem legitymacji ich władzy nie są polityczne układy ale wola wyborców.

Społeczna gospodarka nierynkowa izraelskiej prawicy.


Dotychczasowa reakcja Netanjahu była ostrożna. Jak zapewniał premier państwo zaoferuje 50% zniżkę na cenę posiadanych gruntów  nabywanych przez deweloperów. Niższa cena będzie zagwarantowana dla tych przedsiębiorców, którzy zaoferują najniższą cenę przyszłych mieszkań. Przy przyznawaniu zredukowanej stawki preferowani będą ponadto ci wykonawcy, którzy zobowiążą się do sprzedaży mieszkań uwzględniając preferencje dla młodych małżeństw i emerytowanych żołnierzy.  Państwo zainicjuje ponadto, wybudowanie mieszkań sprzedawanych jako nieruchomości objęte długoterminowymi umowami wynajmu, grunty pod budowę będące własnością państwa mają być oddawane za darmo tym wykonawcom, którzy zagwarantują najniższą cenę.
Premier zapowiedział ponadto, wykorzystanie części rezerwy budżetowej na wybudowanie akademików mających zapewnić miejsce 10 000 studentom. Dodatkowo obiecał wprowadzenie 50% ulgi na przejazdy kolejowe i autobusowe dla studentów. Mimo zapewnień co do częściowych reform, polityka socjalna Netanjahu i jego gabinetu w swym ogólnym wymiarze nie ulegnie zapewnie zmianie. Już u początku protestów premier sięgnął po typową w walce z socjalnymi roszczeniami oręż – gloryfikację wolnego rynku i zapewnienie o przywiązaniu do liberalnych wartości.
1 sierpnia, przy okazji specjalnej sesji Knesetu upamiętniającej rocznicę śmierci lidera prawicowego syjonizmu Zeev-a Żabotyńskiego, Netanjahu użył słów nieżyjącego przywódcy mówiąc: Wolna konkurencja gospodarcza nie jest problem. Problemem jest za to jej brak. Brak wolnego rynku niszczy obywatela.
Powoływanie się na autorytet Żabotyńskiego nie jest przypadkowe. Żabotyński jako polityk syjonistycznej prawicy widział w socjalistycznych ideach, przyświecających budowie Izraela zagrożenie, sprzeciwiał się aktywnie lewicowym ojcom założycielom, a w konsekwencji stał się ideowym przywódcą Likudu. Netanjahu jako przywódca Likudu stara się odgrywać rolę męża opatrznościowego izraelskiego liberalizmu. 
Jednak dla wielu Izraelczyków Netanjahu liberałem nie jest, a jego powoływanie się na wolny rynek nie ma żadnego umocowania w praktyce. Netanjahu jest przede wszystkim zwolennikiem subsydiowania ponad 50 jesziw (wyższych szkół talmudycznych), gdzie pobierają darmową edukacje żydowscy ortodoksi. Szkoły te, są nie tylko problemem ze względu na koszta doraźne. Nie bez znaczenia jest fakt, że absolwenci powyższych częstokroć nie nadążają za wymogami współczesności, ich talmudyczna wiedza nie ma rynkowego zastosowania, a jej posiadacze zasilają szeregi utrzymywanej między innymi na koszt państwa bezrobotnej biedoty.
W opinii części Izraelczyków, nawet jeśli egzystencja owych szkół jest uświęcona tradycją, tożsamością i wiarą, to nie oznacza to automatycznie zmuszania świeckiej części społeczeństwa do ponoszenia kosztów ich istnienia. Mimo, że dyskusja nad zakresem subsydiowania talmudycznego nauczania nie jest nowa, to w obliczu kryzysu w oczywisty sposób powraca ze zdwojoną siłą.
Izrael jako państwo został zbudowany na podstawie dwóch najważniejszych tożsamości: tradycji judaizmu oraz socjalistycznej ideologii świeckiego syjonizmu. Podczas, gdy egalitarne idee syjonistyczne już dawno utraciły swój społeczny, zasadzający się na fundamentach opiekuńczości, wymiar, tożsamość religijna wciąż jest podstawą do ekonomicznych korzyści dla tysięcy ortodoksyjnych beneficjentów. Idea subsydiowania religijnego szkolnictwa nie ma nic wspólnego, ani z socjalistyczną wizją równości ani z liberalną gloryfikacją wolnej konkurencji.
Inny, bynajmniej nie liberalny (w sensie ekonomicznym), aspekt polityki Netanjahu to problem rozwoju żydowskiego osadnictwa na obszarze Okupowanego Terytorium Palestyńskiego (OTP). Netanjahu będzie musiał odpowiedzieć niezadowolonym Izraelczykom, dlaczego państwo nie jest w stanie utrzymać zorientowanej socjalnie polityki mieszkaniowej w Tel Awiwie, Aszdod czy Hajfie, podczas gdy jednocześnie utrzymuje, pochłaniającą krocie publicznych pieniędzy politykę osadniczą.
Abstrahując od moralnego wymiaru problematyki, a sprowadzając zagadnienie jedynie do zakresu rynkowego, polityka wsparcia kolonizacji ziem palestyńskich jest czystą niesprawiedliwością.
Wiąże się ona ze strategią promocji osadnictwa, prowadzonej w ramach przyznawania osiedlom specjalnego statusu gwarantującego mieszkańcom szereg preferencyjnych warunków.  Państwo umożliwia osadnikom zakup tanich subsydiowanych mieszkań; dostęp do refundowanych, niskooprocentowanych kredytów; gwarantuje bezpłatne szkolnictwo i opiekę przedszkolną od 3 roku życia oraz darmowy transport dzieci do szkół; preferuje dzieci osadników przy okazji przyznawania stypendiów edukacyjnych; zapewnia wyższe pensje dla nauczycieli i lekarzy; gwarantuje subsydiowanie podatków nakładanych przez UE na produkty rolne oraz aplikuje niższe stawki podatkowe.
Preferencyjna polityka jest formułowana w ramach kreowania tzw. „obszarów o znaczeniu priorytetowym” obejmujących aktualnie około 70% osiedli. Polityka gabinetu Netanjahu jest motywowana przez wymogi specyficznej koalicji, w skład której obok macierzystego Likudu wchodzą nacjonalistyczny Ysrael Beitenu (Nasz Dom) oraz ortodoksyjny Szas. Nasz Dom postrzega istnienie osiedli jako cel strategiczny, ucieleśnienie idei wielkiego Izraela  i  przestrzeń życiową. Ortodoksyjna religijna partia Szas z kolei, widzi w osiedlach realizację uświęconej obecności żydowskiej na terenach biblijnych, które siłą rzeczy nie mogą być zamieszkane przez Arabów. Sam Likud z kolei, traktuje osiedla jako bufor bezpieczeństwa, pretekst do obecności wojskowej i znakomitą kartę przetargową na wypadek negocjacji z Palestyńczykami.
Tym samym więc, polityka rozbudowy osadnictwa jak i wspierania osadników ma swoje gruntowne umocowanie w programach politycznych koalicjantów jak i systemie wartości przez nich wyznawanych.
W obliczu realiów koalicyjnych i biorąc pod uwagę program polityczny Likudu, słowa premiera, powołującego się na wartości liberalne, są co najmniej mało wiarygodne, by nie rzec groteskowe. Promująca osadnictwo polityka jest ponadto przedmiotem krytyki, jako przejaw wsparcia uprzywilejowanych podmiotów gospodarczych, jakim są banki i przedsiębiorstwa budowlane.
Mimo, że sam udział banków w osadniczych inwestycjach nie jest z ekonomicznego punktu widzenia niczym zadziwiającym, to część komentatorów widzi w zaangażowaniu sektora bankowego i budowlanego bezpośredni interes finansowych potentatów, naprzeciwko któremu wychodzą Izraelscy decydenci z Netanjahu na czele. Problem rzekomego powiązania premiera z inwestorami z sektora nieruchomości krytykował między innymi Amos Oz, który określił niedawno rolę premiera jako:
Bezprecedensowe poparcie dla nieograniczonego bogacenia się grupy potentatów i ich dworów kosztem klasy średniej i biedoty.
Komentarz Oza, nie jest zapewne pozbawiony podstaw. Już sam udział banków i firm budowlanych w osadniczych przedsięwzięciach, jest na rękę dość wąskiej grupie inwestorów. Banki korzystają z okupacji i osadnictwa na szereg sposobów.
Po pierwsze, zapewniają niskooprocentowane kredyty hipoteczne dla potencjalnych nabywców nieruchomości oraz wykonawców. W przypadku wykonawców, pożyczki są konieczne dla szybkiej realizacji dużej ilości projektów, których ukończenie nie byłoby możliwe bez dodatkowych źródeł finansowania. Korzyścią banków jest oprocentowanie oraz możliwość ewentualnego przejęcia własności nad nieruchomością w przypadku nieukończenia czy nie-sprzedania projektu.
Osobną kwestią jest popyt, który jest stymulowany przez kredyty dla nabywców. Owa strategia sprzężona z państwową polityką subsydiowania zakupu nieruchomości, gwarantuje jego ciągłość, co z jednej strony zapewnia preferencyjne warunki zakupu dla osadników, a jednocześnie stymuluje podaż, która jest gwarantowana kredytowaniem banków dla wykonawców.
Po drugie. Z usług banków korzystają władze lokalne. Podobnie jak wykonawcy, zarządzający lokalnie przedstawiciele władzy są bezpośrednio powiązani z systemem bankowym poprzez pobieranie kredytów finansujących rozwój lokalnej infrastruktury, zarządzanie finansami i inwestycjami oraz świadczeniem inny usług bankowych.
Po trzecie. Z podobnych usług korzystają sami osadnicy, klienci indywidualni i biznesowi. Wraz ze zwiększaniem się liczy osadników zwiększa się liczba sprzedawanych przez banki usług. Z punktu widzenia przedsiębiorstw budowlanych natomiast, gwarantowany za pomocą państwowych subsydiów popyt zapewnia ciągłość inwestycyjną.
Podsumowując, nawet jeśli charakter bezpośredniego powiązania Netanjahu ze światem biznesu zaangażowanego w inwestycje osadnicze pozostaje w sferze spekulacji, to zbieżność owych interesów jest oczywista. Ze względu bowiem na szereg korzyści, zarówno banki jak i przedsiębiorcy budowlani są zainteresowani kontynuacją promocji osadnictwa, to zaś, jest na rękę politykom, którzy osadnictwo kreują ze względów strategicznych, ideologicznych i propagandowych.
Mimo, że zbieżność interesów państwa z interesem kapitału, nie jest jeszcze powodem by określać władzę państwa mianem nieliberalnej, to współpraca w ramach jednego, nacechowanego ideologicznie projektu, który promuje interesy jednej grupy społecznej kosztem reszty obywateli, jest od liberalizmu dalekie.
Zaangażowanie w projekt promocji osadnictwa wykracza ponadto poza sferę współpracy państwa z inwestorami, a wręcz może przybrać wymiar dyskryminacji tych podmiotów, które takowej współpracy nie chcą. Ciekawym przykładem ilustrującym problem jest kwestia projektu budowlanego Rawabi. Rawabi to przedsięwzięcie wykreowane przez palestyńko-katarski koncern, które zakłada wybudowanie palestyńskiego miasta (Rawabi) położnego pomiędzy Ramallah a Nablusem (Okupowane Terytorium Palestyńskie). W styczniu 2011, spółka pozyskała współpracę z 12 izraelskimi partnerami – firmami budowlanymi. Warunkiem współpracy nałożonym jako obwarowanie ze strony koncernu było zobowiązanie izraelskich partnerów, by nie używali w ramach prac budowlanych produktów pochodzących z fabryk położonych na terenie osiedli oraz produktów na terenie osiedli wydobywanych (chociażby kamienia pozyskiwanego na terenach okupowanych).
Motywacją obwarowania było polityczne opowiedzenie się koncernu po stronie promowanego przez palestyńskiego premiera bojkotu osiedli, których istnienie jest sprzeczne z prawem międzynarodowym. Pomimo kontrowersyjnego charakteru projektu, 12 wspomnianych izraelskich wykonawców przystało na warunki koncernu. Jak się można domyślać, motywacją izraelskich współpracowników była zapewne nie tyle chęć manifestacji sprzeciwu wobec osiedli, co skorzystanie z lukratywnych warunków zaproponowanej przez koncern umowy. Izraelskie firmy zdecydowały się zapewne na udział w przedsięwzięciu motywując się względami natury ekonomiczniej, nie bacząc na jej ideologiczny czy polityczny wymiar. Decyzja spotkała się za to z ostracyzmem na łonie izraelskiego Knesetu. Związana z Naszym Domem, Szasem i Likudem grupa parlamentarzystów wezwała premiera Netanjahu do bojkotu firm, które zdecydują się na współpracę. Żądanie zostało poparte na forum ekonomicznym Knesetu a jeden z deputowanych  (Aryeh Eldad) mówił wprost.
Niech będzie jasne, że każda z Izraelskich firm biorąca udział w budowaniu Rawabi, już nigdy nie wybuduje niczego w Tel Awiwie.
Żądanie radykalnych członków Knesetu zyskało natychmiastowy aplauz izraelskich agencji osadniczych. Pomijając polityczny aspekt problematyki należy jasno stwierdzić – tego rodzaju interwencja jest daleka od zasad wolnego rynku, gwałci prawo do wolnej konkurencji i jest narzędziem ingerencji polityki w sferę gospodarki celem wywarcia konkretnego zamierzenia ideologicznego.
Ideologia wpierania osadnictwa propagowana przez Netanjahu i jego współpracowników stoi w swej całej rozciągłości w sprzeczności z wartościami wolnorynkowej gospodarki i społeczeństwa liberalnego.

Łatwe decyzje a ich konsekwencje.


W obliczu powyższych uwarunkowań starania Netanjahu, zasadzające się na odwoływaniu się do idei liberalizmu jak i podstawy legitymacji ideologicznej politycznego mandatu, są zapewne niewystarczające. Trudo się bowiem spodziewać, by premier zasadniczo przewartościował swoją politykę. Jak się wydaje, każde posunięcie premiera będzie obciążone ryzykiem braku autentyczności. Podczas, gdy promowanie liberalizmu jest pozbawione tradycji dotychczasowej polityki, zwrot ku radykalnej koncepcji państwa opiekuńczego jawi się jako scenariusz równie mało wiarygodny.
Stabilna dotąd pozycja premiera słabnie. Spadek popularności wiąże się ponadto z podkreślanym przez komentatorów przeświadczeniem części demonstrujących, że premier jest bezpośrednio odpowiedzialny za kryzys. Oskarżenie to, choć wydaje się bliskie nieskomplikowanemu populizmowi, ma swoje umocowane w realiach dnia codziennego tysięcy Izraelczyków.
Wielu bowiem obwinia gabinet Netanjahu za promocję napływu kapitału z bogatych ośrodków żydowskiej diaspory Nowego Jorku, Miami i Paryża, który w głównej mierze skoncentrował się na zakupie nieruchomości. Znaczenie zastrzyku pieniędzy powodowanego inwestycjami, było niewspółmiernie małe w stosunku do dramatycznego wzrostu cen nieruchomości. W najbardziej popularnych turystycznych lokacjach Tel Awiwu, Netanji czy Jerozolimy w przeciągu ostatnich trzech lat, ceny nieruchomości wzrosły ponad 40%. Beneficjentami stały się wąskie grupy inwestorów, przeciętni mieszkańcy zaś, doświadczyli wzrostu kosztów poprzez coraz trudniejsze realia.
Resentyment względem najbogatszych jest eksploatowany przez Netanjahu, którego otocznie próbuje prostego zaszufladkowania protestujących jako „nieliczne lewicowe grupki”. Z jednej strony premier proponuje częściowe reformy, doceniając głos protestujących, ale jednocześnie stara się umniejszyć ich znaczenie.
Jak się jednak wydaje, jest to raczej taktyka doraźna, a sam Netanjahu będzie musiał zdobyć się na bardziej zróżnicowane posunięcia.
Jak pokazują sondaże około 87% Izraelczyków popiera namiotowy protest. Trudno określić tak znakomitą część społeczeństwa jedynie jako natchnioną lewicowymi ideami grupę. Podobnie, pragnienie Izraelczyków wołające o zminimalizowanie wpływu potentatów nie jest jedynie populistycznym zawołaniem, ale szczerą obawą. Jak się można domyślać, niechęć ta jest nie tyle niechęcią w stosunku do najbogatszych, co strachem przez finansową oligarchią. W mocno zintegrowanej wokół pieniądza kulturze żydowskiej, bogacenie się czy posiadanie własności nie jest nacechowane negatywnie, wręcz przeciwnie, jest wartością jak najbardziej pozytywną. Jednocześnie jednak, współczesny Izrael wyrósł na ideach egalitarnych, obywatelskiej współpracy i odpowiedzialności. Podczas gdy samo bogacenie się problemem nie jest, to izolacja wąskich grup oligarchii jest postrzegana jako element negatywny.
Jak się można spodziewać, taktyka minimalizowania znaczenia protestów poprzez sprowadzanie jej genezy do roszczeniowej postawy lewicowo zorientowanych demonstrujących nie zapewni Netanjahu wystarczającego poparcia.  Nawet jeśli skromna część 87% popierających idee protestu Izraelczyków zdecyduje się na manifestację swych poglądów na drodze wyborów, pozycja Netanjahu znacząco osłabnie.
Odpowiedź na żądania protestujących może się jednak okazać bardziej skomplikowana. Część komentatorów podkreśla, że charakter demonstrowanych żądań wykracza daleko poza sferę niezadowolenia z rosnącego wpływu finansowych magnatów czy prostej roszczeniowej postawy. W opinii wielu, protesty są raczej ucieleśnieniem dokonującego się od co najmniej dekady rozkładu tradycyjnej Izraelskiej tożsamości. Przez lata bowiem solidaryzm izraelski był budowany jako konieczność integracji zagrożonych przez antysemityzm obywateli. W owym ujęciu Izraelczycy niejako czuli się zobowiązani do ponoszenia trudów budowania państwowości i jej ochrony w imię racji wyższych. W zamian, mogli być stosunkowo pewni stabilnej roztaczającej socjalny nadzór sfery opiekuńczości państwowej oraz jakości władzy.
Wraz ze zniknięciem opiekuńczości i rozgoryczeniem względem władzy, tradycyjny solidaryzm traci swoje zasadnicze elementy stając się ideą pustą, wymagającą jedności wokół państwa, które przestaje gwarantować oczekiwane korzyści.
Dodatkowym problemem są ekonomiczne koszta kontynuacji tradycyjnego modelu socjalizującego. Jeśli państwo Izrael nie jest w stanie dłużej ponosić ciężarów opiekuńczości, pęknięcia w izraelskiej tożsamości będą coraz głębsze.
Politycy Izraelscy będą musieli uświadomić sobie, że poparcie dla ich władzy przestaje być politycznym pewnikiem. Chcąc odzyskać zaufanie obywateli będą zmuszeni do wykreowania nowych mechanizmów integracji.
Największym zagrożeniem dla jakości izraelskiej tożsamości, byłaby próba integracji poprzez odwołanie się do mechanizmów obrony umocowanych w poczuciu zagrożenia przed niebezpieczeństwem zewnętrznym. W wymiarze praktycznym, oznaczało by to zapewnie wykorzystanie idei obrony przed antysemityzmem. Jakkolwiek skuteczna w wymiarze propagandowym, koncepcja ta byłaby daleka od odpowiedzi na najbardziej zasadnicze problemy Izraelskiej tożsamości. Co więcej, mogłaby doprowadzić do eskalacji agresji, której najprostszą kanalizacją byłaby kolejny konflikt z Palestyńczykami.
Choć idea zaangażowania się w militarny konflikt w imię konsolidacji wyborczego elektoratu jest koncepcją krótkowzroczną, to jak się można domyślać wciąż możliwą. Pokusa uzyskania doraźnych rezultatów politycznych jako odpowiedź na głębszy kryzys może okazać się silna. To czy stanie się pokusą Netanjahu pokaże czas.
 Tekst ukazał sie na łamach czaspisma internetowego BliskiWschód.pl 

Drugie dno okupacji


5 lipca rano izraelscy żołnierze weszli wraz z ciężkim sprzętem do palestyńskiej wioski Amniyr. Wojsko zniszczyło dziewięć cystern. Tydzień później żołnierze  zniszczyli pompy i studnie w palestyńskich wioskach Doliny Jordanu: Al-Nasarya, Al-Akrabanya i Beit Hassan. W Betlejem brak wody doprowadził do zamieszek w obozach uchodźców.


Nierówny podział zasobów.

Okupacja Zachodniego Brzegu Jordanu jest silnie związana z nierównym podziałem wody. Palestyńczycy oraz Izraelczycy dzielą dwa podstawowe rezerwuary wody rejonu: leżący na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu (ZBJ) zasilany spływającą z Gór Judzkich podziemny zbiornik wody gruntowej oraz wody Jordanu i jego dopływów. Wody gruntowe  ZBJ stanowią źródło jednej czwartej całości konsumowanej przez Izraelczyków wody oraz około 90 % wody konsumowanej przez Palestyńczyków zamieszkujących ZBJ. Jednocześnie zasoby gruntowe ZBJ są w 80% wykorzystywane przez Izraelczyków a jedynie w 20% przez ludność palestyńską.

Kontrola wody ponadto jest dochodowym choć wątpliwym moralnie interesem; okupowana ludność palestyńska jest zmuszona kupować wodę od Izraelskiego dostawcy i mimo, że zasoby wodne znajdują się na terenach zamieszkanych przez Palestyńczyków muszą oni płacić zawyżone stawki za jej dostawę. Polityka sprzedaży wody jest połączona z surowymi restrykcjami ograniczającymi kopanie studni, co zmusza Palestyńczyków do płacenia dyktowanych przez Izrael stawek. Każda studnia wybudowana bez pozwolenia władz okupacyjnych jest uznawana za nielegalną, co skutkuje jej zasypaniem. Pozwolenia są wydawane rzadko. Problem niszczenia studni dotyka najczęściej mieszkańców, żyjących w pobliżu żydowskich osiedli, ludność wiejską bądź osiadłych beduinów. Warto dodać, że główne kierunki żydowskiego osadnictwa to obszary dzięki wodnym zasobom urodzajne, a sami osadnicy za wodę płacą symboliczną opłatę. W odbiorze Palestyńczyków brak dostępu do wody jest jednym z najbardziej dotkliwych przejawów okupacji.

Dyskryminację obrazują statystyki, limit wody przypadającej na jednego Palestyńczyka to 50l. dziennie, limit przysługujący żydowskiemu osadnikowi to 280 litrów. W niektórych rejonach średnia palestyńska konsumpcja to 20l. – minimum wymagane przez WHO do ogłoszenia konieczności interwencji humanitarnej.

Mimo, że zgodnie z porozumieniami z Oslo (1993), Izrael uznał palestyńskie prawo do dostępu do wody, to realia aplikowanej polityki tenże dostęp uniemożliwiają. Jak podają statystyki około 200 000 mieszkających na Zachodnim Brzegu Palestyńczyków nie jest podłączonych do sieci wodociągowych, a 95% wody w Strefie Gazy nie nadaje się do spożycia. Zgodnie z przeprowadzoną przez Bank Światowy analizą, niedoinwestowanie w zakresie dostępu do wody powoduje daleko idące konsekwencje dla palestyńskiej ekonomii w ogóle. Braki w zasobach wodnych powodują straty w skali makroekonomicznej. Konsekwencją jest utrata dochodu w wysokości prawie 20% rocznego PKB oraz utrata 110 000 miejsc pracy rocznie.

Wodne projekty. Inicjatywy skazane na porażkę?

Problem dostępu do stosunkowo skromnych zasobów wodnych jest powszechnie uważany za jedną z zasadniczych choć nie powszechnie komentowanych przyczyn konfliktu. Jednocześnie jednak, część środowisk skupionych wokół zagadnienia uważa, że te problemy mogą być przezwyciężone poprzez szereg podejmowanych na terytorium okupowanym pozarządowych inicjatyw rozwojowych.Zgodnie z ową filozofią podstawą ma być kooperacja pozarządowych aktorów reprezentujących obie strony - wysiłek na rzecz współpracy w ramach tzw. „projektów wodnych” może być podstawą do szerszej kooperacji a w ostateczności do budowania koniecznego dla porozumienia zaufania. Jak mówił w wywiadzie dla agencji al-Jazeera Nader al-Khateeb, dyrektor palestyńskiej sekcji Friends of the Earth Middle East (FoEME):

Jeśli każda ze stron konfliktu uzna podstawowe dla człowieka prawo do dostępu do wody za uniwersalne będzie to oznaczać rozpoznanie człowieka w konflikcie. Woda może posłużyć jako instrument budowania empatii i zaufania. Niestety, póki co jest wykorzystywana jako narzędzie kary i dyskryminacji.

Głównym obszarem aktywności FoEME w regionie jest projekt nazwany „Good Water Neighbors” – przedsięwzięcie, które angażuje uczestników z Palestyńskiego Terytorium Okupowanego, Izraela i Jordanii. W przeciągu ostatnich pięciu lat projekt uruchomił 29 trans-granicznych inicjatyw. Zgodnie z informacjami izraelskiej sekcji FoEME wysokość zainwestowanych w ramach projektu środków wyniosła 120 000 000 USD. Większość funduszy pochodzi z donacji USAID, Banku Światowego oraz instytucji Unii Europejskiej. Środki zostały przeznaczone na budowę studni, pomp, oczyszczalni i remonty kanalizacji.

Rozwój wspólnych inicjatyw stał się ponadto katalizatorem efektów politycznych. Znamiennym przykładem jest przypadek współpracy pomiędzy palestyńską wsią Wadi Fuqin a izraelską społecznością Tzur Hassadeh, które pracowały razem w ramach jednego z projektów. Inicjatywa przyniosła wyjątkowy efekt polityczny, kiedy obie społeczności jednym głosem sprzeciwiły się budowie Bariery Separacyjnej, która biegnąc przez terytoria obu wsi miała doprowadzić do oddzielenia mieszkańców, a w konsekwencji położyć kres współpracy.

Jak się jednak wydaje, nawet spektakularne w znaczeniu propagandowym pozarządowe inicjatywy będą wtórne w stosunku do efektu jaki mógłby być wywarty zmianą w polityce samego Izraela. Większość osiągnięć okazuje się bowiem mało znaczącymi eksperymentami, których koszta są częstokroć za wysokie. W obliczu konsekwentnej polityki władz okupacyjnych, kontynuujących swoisty „wodny apartheid” międzynarodowe donacje są po prostu marnotrawione.Jak uważa wielu przedstawicieli palestyńskiej strony problemu, wspólne projekty to nie wszystko. Zasadniczą kwestią nie jest bowiem infrastruktura, ale problem decyzyjności. Dopóki Palestyńczycy pozostaną zależni od dobrej woli Izraela, dopóty problem wody pozostanie aktualny. Zdaniem wielu specjalistów wspólne projekty mają szansę powodzenia tylko wtedy, gdy Palestyńczycy będą sami mogli decydować o swoich zasobach. Jak komentował problem Amyad Alewi, palestyński ekspert organizacji „House of Water and Environment”:

Wspólna budowa wodociągów czy studni jest ideą piękną, ale nie praktyczną. Palestyńczycy nie chcą rozwiązania, w którym Izrael trzyma rękę na przysłowiowym kurku. Dopóki woda jest narzędziem szantażu, dopóty problem dostępu do niej będzie nierozwiązany.

Z punktu widzenia Alewiego niezależność w dostępie do wodnych zasobów musi być warunkiem wstępnym jakichkolwiek inicjatyw rozwojowych. Problem wpisuje się w szerszy aspekt polityczny i jest częścią palestyńskiej suwerenności w ogóle. Część proponowanych projektów opiera się o współpracę, która z punku widzenia palestyńskiego jest co najmniej kontrowersyjna. Najbardziej dyskusyjne inicjatywy dotyczą perspektyw kooperacji pomiędzy Palestyńczykami a żydowskimi osadnikami. Problem obrazuje przypadek palestyńskiej wsi Kafr ‘Ein położonej w pobliżu dużego bloku osadniczego Ariel.

Mieszkańcy Kafr ‘Ein od kilku lat uskarżają się na zanieczyszczenie rzeki nawadniającej kluczowe dla lokalnej społeczności uprawy oliwek. Jak twierdzą Palestyńczycy, źródłem zanieczyszczenia jest znajdująca się w osiedlu fabryka. W 2009 pojawił się pomysł współpracy w ramach budowy oczyszczalni ścieków, która mogłaby służyć zarówno Żydom jak i Palestyńczykom. Przedstawiciele lokalnych palestyńskich władz w Salfit odmówili argumentując, że kooperacja byłaby pośrednią legitymacją osadnictwa. Z punktu widzenia Palestyńczyków rozwiązaniem powinno być wycofanie osadnictwa w ogóle. Jak argumentują, współpraca z nielegalnym z punktu widzenia prawa międzynarodowego podmiotem nie jest możliwa. Co więcej, w obliczu palestyńskiego stanowiska negocjacyjnego, które bezapelacyjnie domaga się rozwiązania osiedli, jakakolwiek kooperacja byłaby osłabieniem własnej pozycji w ramach rokowań.

Problem osadnictwa, podobnie jak zagadnienie dostępu do wody ma swój kontekst prawny. Wielu Palestyńczyków widzi w międzynarodowych programach pomocowych i rozwojowych instrument wyręczania władz Izraela, który jako okupant jest zobowiązany szeregiem przepisów z kanonu międzynarodowego prawa humanitarnego; w tym, prawa zabraniającego wykorzystywanie czy zabór zasobów naturalnych ludności okupowanej. Problematyka wody jawi się zatem nie tyle jako kwestia ilości i jakości kooperacyjnych projektów czy zaawansowania planów rozwojowych, ale jako jeden z zasadniczych elementów dyskusji poszanowania praw człowieka w ogóle.Dopóty bowiem państwo Izrael, nie uzna prawa dostępu do wody za prawo przyrodzone przysługujące każdej istocie ludzkiej bez względu na jej narodowość, problem nierównego podziału zasobów wodnych będzie pozostanie aktualny.

Źródła: Palestine Media Centre, CJPME, World Health Organization, +927 Blog, FOEME, electronic intifada, House of Water and Environment, al-Jazeera.

Tekst ukazał sie na łamach czasopisma internetowego 

Iluzja sprawiedliwości. 01.06.2010

19 maja Barak Obama wygłosił długo oczekiwane przemówienie odnoszące się do wydarzeń arabskiej wiosny ludów.  Wystąpienie nie wniosło wiele. Kontrowersje wzbudziła za to propozycja wznowienia negocjacji palestyńsko - izraelskich. Trwająca od tygodnia polemika ma jedynie znaczenie medialne. W realiach konfliktu zmian nie będzie.

Sama idea negocjacji nie jest niczym nowym. Zainteresowanie mediów wzbudziło co innego – uwaga prezydenta Obamy określająca granicę z roku 1967 (tzw. „zieloną linię”) jako podstawę do negocjacji granic przyszłego palestyńskiego państwa.


„Granice Izraela i Palestyny powinny być oparte o granicę z roku 1967 z wzajemnie uzgodnionymi wymianami terytorialnymi tak, aby ich przebieg został zaakceptowany przez oba państwa.”


Ta krótka uwaga wywołała falę komentarzy w mediach palestyńskich, arabskich, Izraelskich i amerykańskich. Co więcej, stała się przyczynkiem do dyplomatycznej dyskusji, która wyszła szeroko poza tradycyjny krąg zainteresowanych. (źródło: Maan News)


Debata ma swą genezę w historii, bowiem Barack Obama jako pierwszy prezydent USA odwołał się do „zielonej linii” jako podstawy negocjacji. Nic dziwnego zatem, że wielu komentatorów obwołało jego rewelacje mianem przełomu. Wystąpienie Obamy spotkało się z natychmiastową krytyką ze strony Izraela. Zorganizowana dzień później wizyta premiera Netanjahu w Białym Domu zdawała się sygnalizować początki dyplomatycznego konfliktu.


Jak stwierdził Netanjahu, Izrael nie może zaakceptować granic opartych na „zielonej linii”, gdyż byłyby to granice niemożliwe do obrony.


„Porozumienie oparte o granice z roku 1967 to porozumienie iluzoryczne, które rozbije się o realia bliskowschodniej polityki (…)Jedyny pokój jaki jest możliwy to pokój umocowany w realiach i opary o niezaprzeczalne fakty. Jeśli mamy osiągnąć pokój, Palestyńczycy będą musieli zaakceptować choć część podstawowych faktów.” (źródło: Maan News)


Kończąc spotkanie obaj przywódcy przyznali, że istnieją między nimi głębokie różnice. Temat natychmiast podchwyciły media. Prasa zareagowała komentując spotkanie jako początek kryzysu tradycyjnego sojuszu i pro-palestyński amerykańskiej administracji. Nic bardziej błędnego.



Deklaracje a ich znaczenie.


Jeśli się przyjrzeć propozycji Obamy dokładniej, można łatwo zauważyć, że oferta amerykańskiego prezydenta nie jest bynajmniej w sprzeczności z Izraelską racją stanu. Wręcz przeciwnie, sojusz izraelsko – amerykański ma się dobrze jak zawsze. Rzekome różnice to nic innego jak propagandowe hasła rzucone na potrzeby głodnej symboliki arabskiej ulicy i radykalnych koalicjantów Netanjahu.


Kluczem do zrozumienia skomplikowanej (pozornie) dyplomatycznej gry jest „zielona linia” – linia zawieszenia broni z roku 1949, która została usankcjonowana rozstrzygnięciami I wojny arabsko-izraelskiej.


Wraz z zakończeniem wojny, „zielona linia” stała się nieformalną granicą pomiędzy Izraelem a Królestwem Jordanii. W wyniki konfliktu bowiem, Brytyjski Mandat Palestyny został podzielony pomiędzy Izrael, Egipt i Jordanię. Problem granicy skomplikował się w roku 1967. W okresie Wojny Sześciodniowej z czerwca 1967, Izrael przekroczył „zieloną linię” i anektował dalszą część palestyńskiego terytorium będącego dotąd pod kontrolą Jordanii - Zachodni Brzeg Jordanu z Jerozolimą Wschodnią (inne aneksje to: od Egiptu - Strefa Gazy, Półwysep Synaj oraz do Syrii - Wzgórza Golan).


Zgodnie z prawem międzynarodowym tereny palestyńskie (Zachodni Brzeg Jordanu oraz Strefa Gazy) stały się terytorium okupowanym. Organy międzynarodowe (Rada Bezpieczeństwa oraz Zgromadzenie Ogólne ONZ) wielokrotnie, choć bezskutecznie nakazywały Izraelowi opuszczenie okupowanego terytorium. Od momentu, kiedy rozpoczęto bezpośrednie dwustronne negocjacje izraelsko – palestyńskie (1993), Palestyńczycy odnosili się do rezolucji ONZ jako wytycznych dla przyszłych granic palestyńskiego państwa, co jest tożsame z uznaniem „zielonej linii” jako wschodniej granicy Izraela / zachodniej granicy przyszłej Palestyny. W przeciągu okresu obejmującego prowadzone pod auspicją amerykańską negocjacje, USA nigdy jednoznacznie nie poparły palestyńskiego stanowiska w spawie granicy. Wręcz przeciwnie, uznawały palestyńskie żądania za przeszkodę dla skutecznej mediacji z Izraelem, który konsekwentnie wetował palestyński postulat. Z punktu widzenia Izraela negocjowanie „zielonej linii” jako granicy oznaczałoby konieczność wycofania budowanych do 1967 osiedli oraz przesiedlenie większej części społeczności żydowskich osadników (aktualnie na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu i Jerozolimy Wschodniej mieszka 500 000 osadników).


Jednak wbrew prezentowanej w mediach interpretacji stanowisko Obamy nie wnosi nowego elementu w negocjacyjną sferę konfliktu. Propozycja Obamy była co prawda sugestią negocjacji granic na podstawie „zielonej linii”. Jednak nie oznacza to, że administracja amerykańska wspiera utworzenie palestyńskiego państwa w granicach z ową linią się pokrywających. Oznacza to jedynie, że „zielona linia” powinna być punktem wyjścia dla negocjacji. Stanowisko Białego Domu nie jest w żaden sposób przełomowe, jest jedynie powtórzeniem znanego postulatu amerykańskiej dyplomacji – propozycji dwustronnych negocjacji przy udziale USA jako mediatora.


Oczywiście szczegóły ewentualnych rokowań miałyby być ustalone w trakcie procesu. Naiwnością jest jednak sądzić, że tak ukształtowane negocjacje miałby doprowadzić do powstania państwa w ramach granic tożsamych z „zieloną linią”. Doświadczenie trwających 20 lat negocjacji pokazuje, że formuła rokowań dwustronnych jest nacechowana dużą dysproporcją, która w praktyce przekształca proces w jednostronną metodę zarządzania kryzysem w kierunku zgodnym z aspiracjami Izraela. Proces negocjacyjny stał się narzędziem prewencji palestyńskich dążeń niepodległościowych, formułą zarządzania uzależnionej od Izraela quasi dyktatury w postaci Autonomii Palestyńskiej oraz przykrywką Izraelskiej ekspansji terytorialnej.


Jeśli prezydent Obama rzeczywiście chciałby utworzenia Palestyny w ramach granicy „zielonej linii” administracja amerykańska wykorzystałaby inny bardziej jednoznaczny instrument dyplomatyczny – wsparcie dla zaplanowanej na wrzesień 2011 palestyńskiej inicjatywy unilateralnej na forum ONZ. Podczas czwartkowego wystąpienia Obama jasno jednak stwierdził:


„Symboliczne akcje Autonomii Palestyńskiej, które starają się wyizolować Izrael na forum Narodów Zjednoczonych nie mogą stać się podstawą dla niepodległości”.


Stanowisko Obamy w praktyce, to veto USA zarówno na forum Zgromadzenia Narodowego jak i Rady Bezpieczeństwa ONZ, a tym samym zablokowanie palestyńskiej niepodległości.


Rozgoryczenie palestyńskie jest tym większe, że veto Obamy, to veto prezydenta uważanego dotąd za przychylnego sprawie. Idea akcji unilateralnej staje się iluzją. Choć jak podkreślają palestyńscy negocjatorzy propozycja przedstawienia niepodległości na forum ONZ jest wciąż aktualna i mimo wiadomej porażki podkreślają jej symboliczny wymiar.


Innym niepokojącym Palestyńczyków sygnałem ze strony Obamy był brak poparcia dla wycofania okupacji Jerozolimy Wschodniej oraz propozycja wymiany terytorialnej. Wydaje się, że ukrywane palestyńskie obawy najlepiej wyraziły te organizacje, które są uważane za dyplomatyczne persona non grata, gdyż jedynie one mogły wyartykułować swoje poglądy nie obawiając się o polityczne konsekwencje.


Przedstawiciel Hamasu, Sami Abu Zuhri określił wystąpienie Obamy jako „mydlenie oczu” , wezwał ponadto prezydenta by „zamiast posługiwać się sloganami podjął konkretne kroki by chronić palestyńskie prawa.”


Przedstawiciel Palestyńskiej Partii Ludowej Balsam as-Salhi skomentował propozycję Obamy, sugerującą wymianę terytoriów jako niebezpieczną. Salhi krytykował Obamę za brak twardego stanowiska względem osiedli.


Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny skrytykował Izrael i USA za próby powrotu do negocjacji traktowanych jako instrumentu unikania aplikacji prawa stanowionego przez Konwencję Genewskiej. Jak mówił przedstawiciel LFWP:


„Negocjacje są wysiłkiem legalizacji sprzecznych z Konwencją Genewską realiów. Dopóki żydowskie osiedla zbudowane w Palestyńskim Terytorium Okupowanym (OTP) nie zostaną zlikwidowane, dopóty próby negocjacji nie będą miały podstaw prawnych.”


Rzecznik Islamskiego Dżihadu Dauod Shibab skomentował wystąpienie Obamy jako: „kontynuację starej praktyki i kolejną próbę politycznego handlu iluzjami”. (żródło: Maan News)


Wydaje się że palestyńskie organizacje radykalne dobrze uchwyciły ducha wystąpienia Obamy. Prezydent USA potwierdził, że jedyną opcją negocjacyjną jest opcja preferowana przez Izrael – alternatywa, która umożliwia Izraelowi realizacje celu strategicznego - podtrzymania polityki rozwoju osadnictwa.


Siła osiedli a bezsilność Obamy.


Problem żydowskich osiedli jest zasadniczym elementem dyskusji wokół „zielonej linii”. Osiedla spełniają szereg istotnych dla Izraela funkcji. Są buforem bezpieczeństwa, elementem fragmentacji palestyńskiego terytorium, pretekstem do wojskowej obecności, przestrzenią życiową 500 000 osadników, obszarem zajmującym żyzne dobrze nawodnione tereny OTP, witalnym elementem propagandy izraelskich radykałów, instrumentem kontroli palestyńskiego ruchu towarowego i osobowego oraz narzędziem izolacji Jerozolimy Wschodniej. Są zatem fundamentalnym elementem Izraelskiej polityki bezpieczeństwa.


Innym aspektem owej strategii jest bariera bezpieczeństwa (terminologia Izraelska), czy zgodnie z innym nazewnictwem bariera aneksji lub bariera apartheidu (terminologia palestyńska). Bariera to specyficzna zapora składająca się bądź z wysokiego na 5 m. muru, bądź systemu ogrodzeń zasieków i stref buforowych. Celem bariery miała być ochrona przed infiltracją terroryzmu. W praktyce bariera ma dodatkowy wymiar, de facto anektuje 10 % palestyńskiego terytorium; separuje Palestyńczyków od Palestyńczyków; utrudnia dostęp do służby zdrowia, edukacji, upraw, miejsc pracy i kultu oraz zawłaszcza palestyńską ziemię uprawną.


Wciąż jednak Bariera jest przede wszystkim ważnym elementem systemu bezpieczeństwa, bowiem wraz z osiedlami rozbija OTP na drobne upośledzone enklawy. W praktyce, strategiczna koncepcja bezpieczeństwa sprowadza się nie tyle do izolacji co ekspansji, która w założeniu Izraelskim jest najskuteczniejszą obroną. Podzielnie terytorium OTP oznacza de facto uniemożliwienie Palestyńczykom przeprowadzenie jakiejkolwiek skutecznej akcji militarnej.


Połączone ekskluzywnie żydowskimi drogami osiedla wraz z barierą są zasadniczą alternacją „zielonej linii”. Dlatego jakikolwiek postulat odwołujący się do „zielonej linii” jako granicy jest jednocześnie postulatem sprzecznym z Izraelskimi założeniami polityki bezpieczeństwa. Z tego powodu każde negocjacje, które mają ambicje zaangażować Izrael muszą dopuścić odpowiedzi stopień tolerancji względem osiedli jak i kwestii granicy. Problem dobrze zobrazowała wypowiedź premiera Netanjahu, który w odpowiedzi na sugestię Obamy dotyczącą granicy z 1967 r. odpowiedział: „Jeśli mamy osiągnąć pokój, Palestyńczycy będą musieli zaakceptować choć część podstawowych faktów.”


Prezydent USA zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie wywrzeć odpowiedniego nacisku. Barak Obama próbował bowiem swych sił już wcześniej. Poniósł porażkę.


Kryzys polityki Obamy względem Netanjahu objawił się w październiku 2010r, kiedy wygasł uzgodniony 10 miesięcy wcześniej okres zawieszenia rozbudowy osadnictwa. Premier Izraela nie chciał się wówczas zgodzić na ponowne zawieszenie rozbudowy osiedli, na co mocno naciskał Obama, który wywierał nacisk na Izrael mając nadzieję na ponowne zaangażowanie w proces Palestyńczyków. Pozycja Netanjahu była konsekwentna, premier usztywnił stanowisko wiedząc, że osłabiony porażka parlamentarną demokratów Obama będzie elastycznym negocjatorem. Tak też się stało, Wraz z końcem listopada 2010 Obama zaproponował porozumienie, które miało przekonać Izrael do zawieszenia osadnictwa na dalsze trzy miesiące. Prezydent zaoferował 20 myśliwców F-35 o wartości trzech bilionów USD, zadeklarował, że USA nie poprze na forum międzynarodowym palestyńskich inicjatyw niepodległościowych oraz zapewnił, że nie będzie naciskał w sprawie kolejnego zawieszenia osadnictwa po upłynięciu okresu trzech miesięcy. Cena za kontynuację negocjacji wzrosła.


Ostatecznie projekt USA nie został wdrożony ze względu na stanowisko strony palestyńskiej. Palestyńczycy odmówili udziału w negocjacjach jako, że negocjowane przez USA propozycje zawieszenia osadnictwa nie objęły Jerozolimy Wschodniej. Bez względu jednak na ostateczny rezultat (czy jego brak) amerykańskich nacisków na Izrael, wniosek jaki nasuwał się wówczas większości komentatorów był jeden – pomimo szczerych chęci i ambitnych deklaracji, Obama nie był w stanie wywrzeć nacisku na Izrael nacisku, który mógłby doprowadzić do zatrzymania ekspansji terytorialnej Izraela, a jednocześnie stać się sensowną podstawą do dwustronnych palestyńsko-izraelskich negocjacji.






Teoria Obamy.


Jesienna porażka osłabiła notowania Obamy w regionie. Dodatkową pomyłką była spóźniona i dwuznaczna reakcja na zajścia w Egipcie, kiedy dyplomacja USA długo wahała się przed bezpośrednim i jednoznacznym poparciem dla arabskiej wiosny ludów. Aktualna sytuacja negocjacyjna Obamy nie jest inna. Prezydent wie, że nie osiągnie wycofania czy choćby wstrzymania osadnictwa. Jedyne co może zrobić to próbować odwołać się do propagandy, która daje szansę na podreperowanie nadszarpniętej reputacji. Nic dziwnego zatem, że w przemówieniu 19 maja Obama użył słów kluczy, które w popularnej percepcji arabskiej ulicy mają status szczególny. Symbolika „zielonej linii” ma bowiem kontekst szerszy niż jedynie palestyńskie podwórko. To także symbolika Wojny Sześciodniowej, kiedy to agresja Izraela ową linię przekroczyła i rozpoczęła trwająca do dziś okupację. Wśród antyizraelskich czy antysyjonistycznych nastojów arabskiej ulicy przypominanie o Izraelskiej agresji to rytuał sporu o prawdę i propaganda walki o sprawiedliwość. Arabowie często wracają do agresji Izraela, podkreślają pogwałcenia prawa międzynarodowego (włączając zignorowanie najważniejszej 242 Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która wezwała Izrael do opuszczenia terytoriów okupowanych i wycofanie się poza „zieloną linię”) przypominają o okupacji świętej dla muzułmanów Jerozolimy Wschodniej.


Słowa Obamy odnoszące się do „zielonej linii” wywary więc w świecie arabskim zrozumiałe, pozytywne emocje. Nie bez kozery, słowa te padły w kontekście długo oczekiwanego wystąpienia odnoszącego się do arabskiej rewolucji 2011. Jasna symbolika miała za zadanie zaskarbić sobie więcej, potrzebnej amerykanom arabskiej sympatii.


W kontekście lokalnym – palestyńskim, deklaracje Obamy nie wiele zmieniają. By zrozumieć intencje amerykańskiej dyplomacji warto przyjrzeć się jak prezydent Obama tłumaczył swoją koncepcje na forum AIPAC (American-Israeli Public Affairs Committee). Prezydent był gościem żydowskich lobbystów trzy dni po przemówieniu do „świata arabskiego”.


„Stanowisko oznacza, że strony samodzielnie będą mogły negocjować granicę, która różni się od granicy z roku 1967 . Zmiany jakie zaszły przez ostatnie 44 lata , włączając zmiany demograficzne, mogą być usprawiedliwione przez obie strony samodzielnie”.


Jednocześnie Obama po raz kolejny zapewnił, że nie poprze palestyńskiej inicjatywy na forum międzynarodowym, gdyż byłoby to przejawem „degradacji roli Izraela, którego legitymacja nie może podlegać dyskusji”. Prezydent dodał jednocześnie, że wesprze Izraelską inicjatywę dyplomatyczna przeciwstawiającą się palestyńskim planom dyskusji problemu niepodległości na forum ONZ. Barak Obama wyartykułował zatem to czego nie mógł powiedzieć w przemówieniu wygłoszonym trzy dni wcześniej. (źródło: al-Jazeera)


Brak krytyki osadnictwa jest nie tylko wyrazem bezsilności Obamy, ale przede wszystkim dalszym przyzwoleniem na izraelską ekspansję. Prezydent nie tylko nie domaga się likwidacji czy choćby zaprzestania rozbudowy osiedli, ale proponuje metody ich legalizacji. Stąd tzw. idea wymiany terytoriów (notabene zaproponowana po raz pierwszy przez USA przy okazji tzw. Inicjatywy Genewskiej z 2003 r.).


Choć na daną chwilę nie są znane szczegóły ewentualnej wymiany to wiadomo, że musiałaby ona uzyskać aprobatę obydwu stron, co utrudnia dalsze spekulacje. Jednak patrząc na ideę wymiany z punktu widzenia Izraela można stwierdzić, że koncepcja ta jest u swych podstaw korzystna. Korzyści Izraela dotyczą kilku zasadniczych aspektów.






1.) Balans etniczny.
W interesie Izraela jest by przekazane Palestyńczykom terytoria były zamieszkane przez ludność palestyńską. Poza oczywistym faktem, że żaden inny scenariusz nie spotkałby się z aprobatą żydowską (trudno sobie wyobrazić Żydów, którzy nie protestowaliby przeciwko wcieleniu ich do palestyńskiego państwa). Istnieje inna motywacja. Przekazanie ludności palestyńskiej poza granice Izraela to pozbycie się problemu etnicznej różnorodności. Rozwiązanie w postaci wymiany terytorium i ludności jest kompatybilne z koncepcją Izraela jako państwa żydowskiego. Koncepcja ta nie jest bynajmniej pomysłem nowym, wraca jedynie jako element dyplomatycznej debaty. Już poprzednik Netanjahu, Olmert, uzależnił rozmowy pokojowe z Palestyńczykami od ich zgody na uznanie Izraela za państwo żydowskie. Podobny postulat wysuwał sam Netanjahu. Wymóg miał swoje uzasadnienie praktyczne. Chodziło bowiem o podkreślenie, że Izrael nie będzie się w przyszłości godził na zmianę kształtu etnicznego swojej ludności – by to więc sygnał zapowiadający twarde stanowisko względem kwestii powrotu uchodźców palestyńskich. Poprzez przekazanie ludności izraelskiej pochodzenia palestyńskiego pod jurysdykcję palestyńskiego państwa, Izrael będzie w stanie umocnić etniczną spójność i ugruntować żydowski charakter swojego kraju.


Nie bez znaczenia jest fakt radykalizujących się relacji. Idea podkreślania żydowskiego charakteru Izraela niepokoi 10-procentową mniejszość palestyńską wewnątrz Izraela (ludność ta nie wyemigrowała po roku 1949 stając się mniejszością w nowo utworzonym Izraelu) . Kiedy jesienią 2010 Netanjahu zaproponował by palestyńscy mieszkańcy Izraela byli zobowiązani do przysięgi lojalności względem „żydowskiego państwa demokratycznego”, wielu Izraelczyków palestyńskiego pochodzenia uznało wymóg za rasistowski. (żródło: BBC)


Dodatkowym problemem jest niechęć żydów względem palestyńskich obywateli, która ma swe podstawy w przypuszczeniach że mogą oni stać się „swoistą piątą kolumną” palestyńskiego radykalizmu. Wreszcie, sama obecność Palestyńczyków przypomina o historycznym kontekście ich statusu i genezie ich bytności – podkreśla palestyński kontekst etniczny, który został wyeliminowany w skutek wojny z roku 1948.






2.) Aneksja największych osiedli
Podstawowym założeniem wymiany jest legalizacja terytoriów, które stanowią aktualnie terytorialny zakres osiedli. Prawdopodobnym jest, że Izrael będzie chciał dzięki wymianie wcielić w swe granice wszystkie największe bloki osadnicze, również te, które otaczają Jerozolimę wschodnią. Aneksja dotyczyłaby zapewne: Hinnani, Qedimim, Immanu’el, Ma’ale Shomron, Alfe Menashe, Ez Efraim, Ariel, Bet Arie, Mod’in, Giv’at Ze’ev, Atarot, Ramot, Betel, Ofra, Stilo, Pisgat Ze’ev, Shlomo, Newe Yaakow, Ma’ale Adumim, Har Homa, Gilo, Betar, Migdal Oz, Efrata, Tene.


3.) Podtrzymanie strategii bezpieczeństwa
Warto jednak podkreślić, że najważniejszą korzyścią Izraela byłby nie tyle aspekt terytorialny co strategiczny. Po pierwsze, terytorium Palestyńskie byłoby podzielone w poprzek (dzięki sięgającym w głąb Palestyny blokom osadniczym). Takie rozwiązanie znacznie zmniejszyłoby palestyńską wydolność militarną. Po drugie, biegnący w poprzek Palestyny pas odciąłby Hebron. Jest to cel ważny, gdyż Hebron jak i jego okolice pozostają miejscem wciąż istniejącej infiltracji organizacji islamistycznych. Po trzecie, blok osadniczy, który przekształciłby się w terytorium Izraelskie otoczyłby Jerozolimę, wraz z jej okupowaną częścią palestyńską. To zaś stanowiłby skuteczną prewencję przeciw palestyńskiemu żądaniu utworzenia stolicy we wschodniej Jerozolimie. Po czwarte, zalegalizowane w formie terytorium osiedla sięgnęłyby swym zasięgiem głęboko na wschód Palestyny. Jeden z bloków (Ma’ale Adumim) sięgnąłby, aż do pasa obszaru Doliny Jordanu. Jak dotąd, Izrael pozostaje przy stanowisku, że Dolina Jordanu winna być strefą militarna – tzn. wyłączoną spod palestyńskiej jurysdykcji, a znajdującą się pod izraelskim nadzorem wojskowym. Strefa ta to duży szeroki na kilkanaście kilometrów pas ziemi przy granicy z Jordanią. Jeśli obszar ten miałby pozostać pod kontrolą Izraela to wraz z zaanektowanymi w postaci nowych nabytków terytorialnych osiedli, stałby się przyczyną całkowitego paraliżu i uzależnienia przyszłego palestyńskiego państwa. Palestyna byłaby państwem niepodległym jedynie w teorii. W praktyce zaś sprowadzona by została do roli podrzędnego bantustanu. Taki rozwój wydarzeń byłby z kolei w pełni kompatybilny z izraelską strategią bezpieczeństwa w ujęciu Netanjahu.


4) Legalizacja podmiotów nielegalnych
Oferta wymiany jest prezentowana przez Izrael jako schemat, opierający się na wymianie terytoriów równych jakościowo i ilościowo, co stwarza pozór uczciwego układu. Warto jednak pamiętać, że już same podstawy owej propozycji ze sprawiedliwością nie mają wiele wspólnego. Propozycja wymiany jest bowiem próbą legalizacji nielegalnej – sprzecznej z prawem międzynarodowym kolonizacji ziem okupowanych.


Polityka osadnictwa jest pogwałceniem IV Konwencji Genewskiej, która zabrania okupantowi (w tym wypadku Izraelowi) osiedlana własnej ludności na terytorium okupowanym. Zasadność aplikacji IV Konwencji Genewskiej względem PTO została kilkakrotnie potwierdzona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ (RB ONZ) (po raz pierwszy już w rok po zajęciu terytoriów przez Izrael). Najbardziej jednoznaczne stanowisko RB ONZ względem osiedli to rezolucja 446 z marca 1979, w której rada postanowiła:


Izraelska praktyka tworzenia osiedli na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych nie ma legalnych podstaw prawnych i jest poważną przeszkodą dla wysiłku zmierzającego ku pokojowi na Bliskim Wschodzie.”


Biorąc pod uwagę orzecznictwo Narodów Zjednoczonych należy stwierdzić, że zgoda kogokolwiek (czy to Izraela, czy Palestyńczyków) na wymianę terytoriów byłaby jaskrawym przykładem pogwałcenia prawa międzynarodowego.

5) Asymetria strat i korzyści.
Innym problemem wymiany terytoriów to asymetria względem ludności będącej przedmiotem układu. Z punktu widzenia osadników żydowskich, pespektywa przekształcenia osiedli w terytorium Izraelskie nie stwarza zasadniczej różnicy. Poza prawdopodobnym skokiem cen nieruchomości trudno się dopatrzyć elementów negatywnych.


Z punktu widzenia mieszkających w Izraelu Palestyńczyków sprawa wygląda jednak inaczej. Perspektywa włączenia w obszar państwa palestyńskiego oznacza bowiem spadek stopy życiowej. Warto podkreślić, że element narodowościowy nie koniecznie musi mieć priorytetowe znaczenie. Wielu mieszkających w Izraelu Palestyńczyków czuje się po prostu Izraelskimi Palestyńczykami, a zmiana ich statutu na „palestyńskich Palestyńczyków” nie koniecznie wychodzi naprzeciw ich odczuć względem własnej tożsamości. W powyższym świetle propozycja wymiany jawi się jako instrument gwarancji uprzywilejowania jednej grupy etnicznej kosztem drugiej.


Jeśli zatem oferta wymiany jest dla Izraela korzystna skąd tak mocna krytyka ze strony Netanjahu? Powodem reakcji premiera są trudne realia jego koalicji, obejmującej (miedzy innymi) nacjonalistów z Yisrael Beiteinu oraz fundamentalistów żydowskich z Shasu-u. Obie partie postrzegają Palestyńskie Terytorium Okupowane (OTP) jako integralna część Izraela nazywając je Judeą i Samarią. Z punktu widzenia partii radykalnych dyskusja nad palestyńską niepodległością (jakikolwiek miałaby ona kształt) jest bezpodstawna, gdyż kwestia palestyńska jest wewnętrzną sprawą Izraela. Problem dobrze obrazuje wypowiedź Ministra Spraw Zagranicznych, polityka Yisrael Beiteinu, Avigdora Libermana, który obejmując swój urząd oświadczył że „negocjacje nie mają sensu” i zaproponował separację w ramach jednego państwa.


Premier Netanjahu doskonale zdaje sobie sprawę z nastrojów we własnej koalicji; wie, że utrzymanie jego gabinetu zależy od trwałości trudnego partnerstwa. Politycy radykalni odgrywają kluczowe dla gabinetu rolę. Poprzez znaczenie swoich funkcji determinują kształt procesu negocjacyjnego, polityki bezpieczeństwa oraz stymulują terytorialną ekspansję. Główną rolę odgrywają Ititzhak Ahranovicz (Yisrael Beiteinu) – Minister Bezpieczeństwa Wewnętrznego; Avigdor Liberman (Yisrael Beiteinu) – Minister Spraw Zagranicznych; Ariel Atias (Shas) - Minister Budownictwa i Mieszkalnictwa.


Ostra reakcja Netanjahu była przede wszystkim przypomnieniem radykalnym koalicjantom, że Izrael nie będzie negocjował granic. Premier rozwiał wszelkie wątpliwości we wtorek (24 maj) podczas przemówienia w zdominowanym przez republikanów kongresie, gdzie powiedział: „w Judei i Samarii żydzi nie są okupantami.” Dał tym samym, do zrozumienia, że Izrael nie czuje się zobowiązany do negocjacji kwestii palestyńskiej, które miałyby się zasadzać na idei niepodległości. By zrozumieć jaka jest wizja problemu palestyńskiego z punktu widzenia Netanjahu warto przyjrzeć się jego komentarzom poczynionym podczas spotkania z Obamą kilka dni wcześniej.



Praktyka Netanjahu.


Netanjahu mówił między innymi że: „pokój musi być oparty o realia (…) Palestyńczycy będą musieli zaakceptować część podstawowych faktów”. Jak można wywnioskować z kontekstu wypowiedzi, sugerowane fakty dotyczą alternacji „zielonej linii” a konkretnie wcielenia osiedli. Zgodnie zatem z interpretacją Netanjahu pokój jest uzależniony od zgody Palestyńczyków na aneksję.


Netanjahu przekonywał ponadto, że „zielona linia” jako granica jest „niemożliwa do obrony”. Premier potwierdził tym samym filozofię przyświecającą Izraelskiej koncepcji polityki bezpieczeństwa. Założenia negocjacyjne Netanjahu względem granicy są zbliżone do zaproponowanego w 2002 roku programu negocjacyjnego nazwanego „Planem Szarona”. Zakładał on utrzymanie najważniejszych osiedli, kontrolę nad zjednoczoną Jerozolimą oraz utrzymanie kontroli nad „obszarami żywotnymi dla Izraelskiego bezpieczeństwa” (w tym Doliną Jordanu). W takim podejściu pojęcie granicy staje się tożsame z ideą legitymizowania militarnych buforów i sankcjonowaniem demograficznej ekspansji.


Jednym z zasadniczych elementów strategii Netanjahu jest utrzymanie kontroli nad Jerozolimą. Zgodnie ze stanowiskiem Izraela status miasta nie może być przedmiotem negocjacji. W praktyce oznacza to utrzymanie status quo - okupację wschodniej części miasta. Inicjatywa polityczna pokrywa się z realiami demograficznymi. Kadencja Netanjahu od początku jest nacechowana silną polityką judaizacyjną miasta, przejawiającą się głównie poprzez dyskryminację w zakresie budownictwa.


Judaizacja miasta jest założeniem, które ma doprowadzić do zmiany struktury etnicznej na korzyść ludności żydowskiej. Ani Netanjahu ani mer Jerozolimy Nir Barkat nie kryją bynajmniej celu swej agendy, która dąży do urzeczywistnienia proporcji etnicznej w kształcie 80% Żydów – 20% Palestyńczyków (aktualny stosunek to 60% - 40%). Polityka Izraela względem Jerozolimy nie tylko staje się podstawą dyskryminacyjnych – preferujących ludność żydowską praktyk, ale składnia Palestyńczyków do emigracji. Założenie judaizacji jest dwojakie. Z jednej strony Izrael poprzez politykę faktów dokonanych pragnie zakończyć problem międzynarodowej dyskusji nad ewentualnym podziałem miasta – polityka judaizacji może doprowadzić do realiów, w których podział nie będzie miał sensu, gdyż w mieście nie będzie Palestyńczyków. Z drugiej strony zwiększanie żywiołu żydowskiego kosztem palestyńskiego jest taktyką na wypadek podziału, zgodnie z ilościowym parytetem etnicznym części palestyńskie Jerozolimy obejmowałyby bowiem geograficzny zakres obejmujący 20% ludności. Przy dużym zagęszczeniu ludności, powodowanym brakiem Izraelskich pozwoleń na budowę, w obliczu ewentualnego podziału obszar palestyński miasta byłby więc znikomy. Inną strategią towarzyszącą polityce jest wykluczanie i izolacja palestyńskiej części Jerozolimy od reszty palatyńskich terytoriów. Izolacja odbywa się między innymi poprzez dynamiczną rozbudowę osiedli, które okalają miasto od wschodu. Symptomatyczne jest, że w dniu spotkania Netanjahu-Obama Jerozolimski Komitet Planowania i Rozbudowy dyskutował plan rozbudowy żydowskich osiedli Har Homa i Pisgat Ze'ev. Rozbudowa miałaby objąć 1500 jednostek mieszkaniowych. (żródło Maan News)


Palestyński pat.


Najbardziej aktualne stanowisko premiera pozostaje z zgodzie z dotychczasową linią polityki. W wygłoszonym 24 maja w amerykańskim kongresie przemówieniu, Netanjahu po raz kolejny podkreślił że: „Jerozolima pozostanie zjednoczoną stolicą Izraela.” Sztywne stanowisko w kwestii Jerozolimy staje się wybitnie kłopotliwe dla palestyńskich negocjatorów. Jak komentował Saeb Erkat „To co usłyszeliśmy dziś w kongresie nie jest niczym nowym, to typowe podejście do problemu negocjacji, gdzie zamiast rokowań Izrael woli dyktat. (…) Netanjahu twierdzi, że chce rozmawiać, ale z naszego punktu widzenia nie ma czego negocjować. Izrael nie che rozwiązać osiedli, chce zalegalizować okupację Jerozolimy i uzależnia kwestię powrotu uchodźców od uznania Izrael za państwo żydowskie.(…) Netanjahu nie pozostawia nam wyboru.” (źródło: al-Jazeera)


Izraelskie warunki negocjacyjne nie mogą spotkać się z aprobatą ze strony palestyńskiej, bez względu na to kto zasiadłby przy negocjacyjnym stole. Twarde stanowisko Izraela będzie trudniejsze do zaakceptowania w obliczu nawiązanej po trzech latach negocjacji współpracy Fatahu z Hamasem. W wyniku zawartego 27 kwietnia porozumienia politycy Hamasu stali się oficjalnymi współtwórcami palestyńskiego stanowiska negocjacyjnego. Jak można się zatem spodziewać wspólna polityka Hamasu i Fatahu względem negocjacji z pewnością spotka się ze sprzeciwem ze strony Izraela. Premier Netanjahu zapewne podejmie się inicjatyw zakrojonych na poróżnienie, a w efekcie rozbicie palestyńskiej koalicji. Z punktu widzenia Izraela współpraca na linii Fatah – Hamas jest bowiem niepożądana, gdyż oznacza silniejsze palestyńskie stanowisko negocjacyjne.


Bojkot przybierze zapewne formę wstrzymania należnych Palestyńczykom środków finansowych. Taka forma nacisku jest możliwa poprzez pogwałcenie wynegocjowanego w 1994 r. Protokołu Paryskiego, który zobowiązuje Izrael do pobierania w imieniu Autonomii Palestyńskiej opłat celnych, podatków i akcyz. Zgodnie z ustaleniami Izrael musi przekazywać uzyskanie w ten sposób pieniądze władza autonomii. (Środki te stanowią około 1/3 zasobów palestyńskiego budżetu).
Jeśli Izrael zdecydowałby się zamrozić pieniądze konsekwencją byłby kryzys wewnętrzny, który mógłby doprowadzić do rozpadu koalicji. Scenariusz takowy byłby powtórzeniem wydarzeń z wiosny 2007, kiedy międzynarodowy nacisk, skoordynowany z zamrożeniem funduszy, doprowadził do rozpadu palestyńskiego rządu jedności narodowej złożonego z Fatahu i zwycięskiego w wyborach parlamentarnych 2006 Hamasu. Rozpad koalicji stał się wstępem do wewnątrz-palestyńskiego konfliktu, osłabił palestyńskie stanowisko negocjacyjne, doprowadził do izolacji a w konsekwencji izraelskiej blokady Strefy Gazy oraz umocnił wpływy Hamasu w Gazie.


Aktualny układ polityczny może stać się przyczyna podobnego rozwoju wypadków. Kwestia współpracy Fatahu z Hamasem już spotkała się ze zdecydowaną krytyką ze strony Izraela. W dniu podpisania porozumienia premier Netanjahu jasno zadeklarował: „Władze Autonomii Palestyńskiej będą musiały wybrać pomiędzy koalicją z Hamasem a pokojem z Izraelem”.


Bardziej stonowane ale również konsekwentne stanowisko zajął Obama. W przemówieniu z 19 maja prezydent usprawiedliwiał nacisk Izraela.


„Negocjacje z partią która odmawia Izraelowi prawa do istnienia są niemożliwe. Hamas nie jest partnerem wymiernego realnego procesu pokojowego”.


Podczas przemówieniu wygłoszonym 24 maja na forum AIPAC Obama dodał: „porozumienie Fatahu z Hamasem jest przeszkodą dla pokoju w regionie.”


W tym samym dniu premier Netanjahu przemawiał z kolei do amerykańskiego kongresu, gdzie po raz kolejny wezwał Fatah do zerwania koalicji z Hamasem nazywając organizacje „palestyńską wersja al-Kaidy.”Netanjahu podkreślał jednoczenie zbieżność interesów USA i Izraela. „Fundamentalizm islamski jest największym zagrożeniem dla pokoju i demokracji na Bliskim Wschodzie”.


Krytyka Hamasu nie jest niczym nowym, jednak ważne jest w jakim kontekście została wyartykułowana. Bojkot Hamasu zostaje przywołany przy okazji dyskusji nad kształtem negocjacji. Zarówno Obama jak i Netanjahu wiedzą, że palestyński rząd z Hamasem w składzie nigdy nie zgodzi się na proponowane przez USA warunki negocjacji. Słowa krytyki wypowiedziane w kontekście dyskusji nad propozycją Obamy są wymownym papierkiem lakmusowym Izraelskiej polityki względem Hamasu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że Izrael wykorzysta dyplomatyczna inicjatywę Obamy by pogrążyć palestyńską koalicję. Z punktu widzenia Izraela nie będzie to trudne, wystarczy bowiem wykazać brak fleksybilności Hamasu i jego nieugiętość względem „szczodrych” amerykańskich propozycji. Dotychczasowa reakcja Hamasu względem wystąpienia Obamy była jednoznaczna. Rzecznik Hamasu Sami Abu Zuhri powiedział, że stanowisko Netanjahu.


“Dowodzi, że negocjacje będą bezowocne i pozbawione sensu, a ich kontynuacja będzie pomyłką, gdyż nie można liczyć na kompromis ze strony Izraela.”

Dodatkowym problemem, który zapewne przyczyni się do rozpadu palestyńskiej koalicji jest kwestia uznania Izraela. Zgodnie z argumentacją Izraela i USA, Hamas nie może być tolerowany dopóty, dopóki nie uzna izraelskiego prawa do istnienia. Zagadnieniem podstawowym w powyższym kontekście jest jednak pytanie - czym jest Izrael? Jak się okazuje zarówno Hamas jak i politycy Izraelscy mają trudności z odpowiedzią na zdawałoby się zasadnicze pytanie.


Z punktu widzenia prawa międzynarodowego jak i praktyki dyplomacji Izrael jest państwem unilateralnie utworzonym w roku 1948 na podstawie decyzji Knesetu uznającego podział Mandatu Palestyny dokonany mocą 194 Rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, jednakże uwzględniając korektę owego terytorium dokonaną w wyniku wojny izraelsko-arabskiej, która powiększyła terytorium Izraela. Zgodnie z praktyką dyplomacji międzynarodowej za wschodnią granicę Izraela został uznana linia zawieszenia broni z roku 1949 – „zielona linia”.


Począwszy od roku 1949 organy Narodów Zjednoczonych (Rada Bezpieczeństwa jak i Zgromadzenie Ogólne) odnosi się do zielonej linii jako linii, która wytycza legalność Izraelskiej obecności wojskowej. Praktyka owa zestawiona z uznaniem Izraelskich osiedli za nielegalne uznaje de facto zieloną linie za wschodnią granicę Izraela.


Stanowisko Hamasu w kwestii uznania Izraela jest trudniejsze do zinterpretowania. Z jednej strony Hamas nigdy wprost nie odżegnał się od zapisu swojej założycielskiej karty, gdzie wprost jest mowa o zniszczeniu Izraela w całej jego terytorialnej rozciągłości; z drugiej strony jednak, organizacja akceptuje rozwiązania tymczasowe, które sprowadzają się do uznania „zielonej linii” za wschodnią granicę Izraela / zachodnią granice Palestyny. Zaaplikowana od początku roku 2007 taktyka Hamasu sprowadza się do akceptacji dla rokowań i ograniczenia negocjacyjnego terytorium Palestyny historycznej granicami „zielonej linii” przy jednoczesnym podkreślaniu prawa do wyzwolenia całego palestyńskiego terytorium – rozumianego jako terytorium obejmujący dzisiejszy Izrael.


Ostatnie wypowiedzi polityków Hamasu są zgodne z dotychczasową strategią. Jak komentował Zuhri „Hamas nigdy nie zgodzi się na okupację żadnej części Palestyny”.


Podobne stanowisko wyraził Mahmud Zahar, który w wywiadzie dla agencji Maan stwierdził: „Hamas akceptuje granicę z roku 1967, ale nie zgadza się na uznanie Izraela.”


Z punktu widzenia organizacji uznanie „zielonej linii” jest krokiem taktycznym, rozwiązaniem czasowym, które może, choć nie koniecznie musi, doprowadzić do akceptacji Izraelskiego sąsiedztwa. Hamas traktuję kwestię wyzwolenia Palestyny historycznej jako kartę przetargową i symbolikę wykorzystywaną na potrzeby radykalnego elektoratu. Z drugiej jednak strony zgoda na rozwiązanie tymczasowe w postaci granicy świadczy o pragmatyzmie organizacji, której celem nadrzędnym jest władza. Przyglądając się taktyce Hamasu można zaryzykować stwierdzenie, że Hamas jest gotów na ustępstwa wtedy, gdy gwarantują one udział we władzy. Politycy Hamasu wiedzą, że ich sukces polityczny zależy od umiejętnego balansu pomiędzy oczekiwaniami radykalnego elektoratu a realiami procesu demokratycznego i negocjacyjnego.
Ambiwalentny stosunek względem Izraela przyczynia się do niejasności co do negocjacyjnego stanowiska partii. Co ciekawe, podobna niejasność zachodzi w przypadku Izraelskim. Jednym ze źródeł izraelskich problemów negocjacyjnych jest ulokowanie postulatów rokowań w kontekście historycznym. Premier Netanjahu jak i kluczowi dla problemu ministrowie (np. Avigdor Liberman) nie uznają Zachodniego Brzegu Jordanu za terytorium okupowane, ale za należną z powodów historycznych i religijnych Izraelską ziemię obiecaną – Judeę i Samarię. Tak pojmowana idea Izraela nie może być żadną miarą kompatybilna z realiami współczesności, a co więcej nie może być produktywne dla wiarygodnych, partnerskich negocjacji. Oczywiście aneksja owego terytorium jest niemożliwa, po pierwsze ze względu na warunki współczesności, gdzie zaanektowanie cudzego terytorium nie jest procesem łatwym, czy chociażby cieszącym się aprobatą międzynarodową, czy nawet krajową; po drugie aneksja oznaczałaby zachwianie żydowskiej struktury etnicznej Izraela.


Rozwiązaniem jest więc okupacja zarządzana poprzez formułę negocjacji. Z uwagi na słabość negocjacyjną partnerów, koniunkturę polityczną międzynarodowej dyplomacji oraz na założenia strategiczne, negocjacje służą jako instrument legalizacji części ziem okupowanych w formie żydowskich osiedli.


W rezultacie opcją, za którą opowiada się Izrael jest wątpliwa moralnie bo sprzeczna ze standardami prawa międzynarodowego polityka ekspansji, sankcjonowana przez kreowane na Izraelską korzyść rokowania.


Taką formułę posiadało większość zaakceptowanych dotychczas przez Izrael koncepcji negocjacyjnych. Sprzeciw Izraela wobec formuły oparcia granicy na „zielonej linii” świadczy, że taką formułę posiadać będą zapewnie proponowana przez USA i zaakceptowane przez Izrael rokowania.


Konsekwencją będzie natomiast bojkot Hamasu, który z pewnością nie zaakceptuje Izraela w powyższym kształcie. Reakcja Hamasu wywoła z kolei odpowiedź Izraela, który będzie się domagał bądź demontażu palestyńskiej koalicji bądź wycofa się z negocjacji. Bez względu na ewentualne scenariusze, rezultat będzie bardzo podobny – utrzymanie Izraelskiego status quo.


Biorąc zatem pod uwagę Izraelską koncepcję strategii bezpieczeństwa można zaryzykować stwierdzenie, że w obliczu aktualnych realiów, negocjacje będą skazane na porażkę. Mimo, że negocjacyjna propozycja Baraka Obamy wywołała szeroką dyskusję, to jak się należy spodziewać nie może stać się podstawą konstruktywnych negocjacji. To że prezydent odwołał się do „zielonej linii” nie ma większego znaczenia dopóty, dopóki negocjacje oparte będą oparte o nierówny układ rokowań dwustronnych.


Jednocześnie, bojkot USA deklarujący weto wobec kroków na forum ONZ, czyni palestyński wysiłek unilateralny zamierzeniem którego waga sprowadza się jedynie do sfery symboliki.
W świetle impotencji rokowań zapomniano o podstawach, które jako jedyne mają szansę odegrać konstruktywna rolę, uregulować negocjacyjny proces oraz zadość uczynić poszkodowanym. Zabrakło elementu najważniejszego - poszanowanie międzynarodowego prawa. Rolą negocjatorów winno być nie tyle uczestnictwo w bezpłodnych rokowaniach co wysiłek na rzecz aplikacji rezolucji Narodów Zjednoczonych oraz działanie zgodne z Międzynarodowym Prawem Humanitarnym. Ogromną rolę ma do odegrania Izrael, którego koncepcja bezpieczeństwa stoi w sprzeczności zarówno z orzecznictwem Zgromadzenia Ogólnego i Rady Bezpieczeństwa ONZ jak i Konwencją Haską oraz IV Konwencją Genewska.




Pokój bez sprawiedliwości pozostanie iluzją.

michał ziemowit buśko

Tekst ukazał sie na łamach portalu www.bliskiwschod.pl


Brak alternatyw a wybrakowana alternatywa.


Realia negocjacji Palestyńsko – Izraelskich to historia absurdalnych roszczeń, desperackiej dyplomacji i politycznego szantażu. Negocjacyjny impas skłania do refleksji. Co stało się źródłem niepowodzenia oraz jakie są alternatywy dla bezsilnej dyplomacji? 


Idea negocjacji jest formułą szczególną. Negocjatorzy są co prawda zgodni co do zasadności rokowań, ale tylko jako formuły realizacji własnych interesów. Problem polega zaś na różniej percepcji zasadności procesu.
Mahmud Abbas ‘negocjuje’ gdyż jest to jedyna metoda utrzymania się u władzy. Prezydent pozbawiany jest społecznego poparcia a jego rola jest postrzegana jako narzędzie groteskowej dyplomacji. Sensowność organizmu, którym włada (Autonomia Palestyńska) została wielokrotnie zakwestionowana.  Monopol władzy Fatahu (partii Abbasa) nie ma nic wspólnego z palestyńskim porządkiem konstytucyjnym a bliski jest dyktaturze. Negocjacje są dla Abbasa nie tyle narzędziem realizacji palestyńskich dążeń niepodległościowych, co ratunkiem dla pogrążającej się w kryzysie władzy autonomii. Izrael zaś skrzętnie  wykorzystuje słabego prezydenta jako wygodnego negocjatora. 
Abbas to nie  jedyny bezsilny uczestnik rokowań. Impas to także porażka dyplomacji amerykańskiej, która tradycyjnie stara się odgrywać rolę akuszera bliskowschodniego procesu pokojowego. Prezydent Barak Obama początkowo zakładał, że negocjacje staną się wstępem do dyplomatycznego zwycięstwa, które nie rezygnując z istotnych dla USA związków z Izraelem, odbuduje relacje ze światem arabskim. Niepodległa Palestyna miała być zaś kluczem do drzwi bliskowschodniego sukcesu. Z czasem okazało się jednak, że rola Obamy została sprowadzona do roli dyplomatycznego bankruta, który bezsilnie zabiega o podstawowe Izraelskie koncesje.

Geneza porażki.
Zależność USA jak i Autonomii Palestyńskiej od procesu negocjacyjnego pozwala Izraelowi kształtować rokowania pod własne dyktando. Stanowisko Benjamina Natanjahu stało się grą, za którą nie potrafią nadążyć jego słabi partnerzy.
Źródeł dzisiejszej porażki należy się doszukiwać w genezie izraelskiego uczestnictwa w rokowaniach wznowionych we wrześniu 2009. Wtedy to, zadecydowano o zawieszeniu rozbudowy Izraelskich osiedli budowanych na Palestyńskim Terytorium Okupowanym.
Natanjahu potrzebował wówczas negocjacji jako narzędzia rozgrywania napięć w ramach trudnej koalicji. Poza macierzystym Likudem w jego gabinetu skład wchodzą zarówno centro-lewicowa Partia Pracy jak i partie radykalne: nacjonalistyczny Nasz Dom oraz ortodoksyjny Szas. Trudny układ wymaga od premiera znacznej fleksybilności. Nasz Dom postrzega istnienie osiedli jako cel strategiczny, bufor bezpieczeństwa, pretekst do obecności wojskowej oraz przestrzeń życiową. Ortodoksyjna religijna partia Szas z kolei, widzi w osiedlach ucieleśnienie obecności żydowskiej na terenach biblijnych, które siłą rzeczy nie mogą być zamieszkane przez Arabów...
Skuteczność władzy Natanjahu zależna jest od umiejętności lawirowania pomiędzy oczekiwaniami koalicjantów a naciskiem USA. Idealnym rozwiązaniem stało się więc zawieszanie osadnictwa, pomysł, który Natanjahu urzeczywistnił jesienią 2009. Premier zgodził się wówczas na 10 miesięczne zawieszanie rozbudowy osiedli. Mimo, że rozwiązanie było wątpliwe z punktu widzenia prawa międzynarodowego (gdyż negocjowało istnienie podmiotu, który jest nielegalny – osiedla), to zadowoliło Obamę, który uwierzył w izraelską inicjatywę jako podstawę dla przyszłych rozmów. Natanjahu uspokoił jednocześnie koalicyjnych radykałów. Zwieszenie oznaczało bowiem wstrzymanie budowy jedynie nowych jednostek mieszkaniowych. Jednostki już istniejące mogły się rozwijać w ramach tzw. naturalnego wzrostu. Stało się tym samym jasne, że Natanjahu nie zamierza osiedli wycofać. Dodatkowo, zawieszenie nie objęło swym zasięgiem Jerozolimy Wschodniej, co zaowocowało wzmożoną rozbudową osadnictwa w tym właśnie rejonie.
Natanjahu zdołał tym samym uzyskać szereg korzyści: scementował koalicję, zadowolił oczekiwania administracji amerykańskiej, doprowadził do dyskusji nad legalnością osiedli, zapowiedział twarde stanowisko względem Jerozolimy, a pośrednio zalegalizował rozbudowę osiedli już istniejących.
Mimo ułomności procesu, rokowania toczyły się bez większych przeszkód, co doprowadziło ostatecznie do bezpośrednich rozmów we wrześniu 2010. Problem pojawił się, kiedy okres zawieszania wygasł. Twarde stanowisko Natanjahu doprowadziło do impasu, a w efekcie do załamania rozmów.
Kwestia wznowienia rozbudowy osiedli nie jest jedynym problemem, z którym muszą sobie poradzić negocjacyjni partnerzy Izraela.  Zgodnie z agendą Izraela wstrzymanie osadnictwa było pierwszą i jedyną zapowiadaną koncesją względem Palestyńczyków. Natanjahu nie ukrywał, że nigdy nie zgodzi się na palestyński postulat utworzenia stolicy w Jerozolimie Wschodniej, nie zapowiedział wycofania Izraelskiego wojska z Terytoriów Okupowanych oraz podtrzymał zasadność istnienia Muru Bezpieczeństwa. W obliczu takich uwarunkowań negocjacyjna rola Abbasa stała się groteską. Z punktu widzenia Palestyńskich negocjatorów bowiem uczestnictwo w procesie nie gwarantuje witalnych podstaw dla suwerennej państwowości. Co więcej, kolonizacja Jerozolimy Wschodniej jest postrzegana jako dążenie do zmiany kształtu etnicznego na korzyść Izraela. Polityka ta w oczywisty sposób osłabia  palestyńską pozycję w obliczu ewentualnych negocjacji statusu miasta. 
Sztywna polityka Izraela stała się ponadto skutecznym  narzędziem nacisku na USA. Natanjahu zdawał sobie sprawę, że osłabiony elekcyjną porażką Obama będzie musiał postępować tak jak zechce Izraelska dyplomacja. Począwszy od początku października 2010 administracja USA bezskutecznie starała się wywrzeć wpływ na Izrael by ten ponownie zawiesił osadnictwo. Jednak, dopiero, kiedy porażka parlamentarna Demokratów stała się faktem, (3 listopada 2010) Obama został zmuszony rozpocząć negocjacyjny targ.
Wraz z końcem listopada 2010 Obama zaproponował porozumienie, które miało przekonać Izrael do zawieszenia osadnictwa na dalsze trzy miesiące. Prezydent zaoferował 20 myśliwców F-35 o wartości trzech bilionów USD, zadeklarował, że USA nie poprze na forum międzynarodowym palestyńskich inicjatyw niepodległościowych oraz zapewnił, że nie będzie naciskał w sprawie kolejnego zawieszenia osadnictwa po upłynięciu okresu trzech miesięcy. Cena za kontynuację negocjacji wzrosła.
Co więcej, prezydentowi nie udało się przekonać Izraela do zaprzestania osadnictwa na terenie Jerozolimy Wschodniej. Reakcja strony palestyńskiej była do przewidzenia, negocjatorzy odrzucili amerykański plan. Tym samym, więc zgoda Izraela przestała być kwestia zasadniczą. W konsekwencji jednak, dotychczasowym wygranym jest właśnie Izrael, który może bez przeszkód kontynuować ekspansję terytorialną.

Alternatywna droga do nikąd?
W obliczu porażki palestyńska dyskusja częściej więc szuka negocjacyjnych alternatyw. Coraz większa część Palestyńczyków chce zerwać z tradycją rokowań ukształtowaną w Oslo (1993), gdzie zadecydowano o ukonstytuowaniu procesu, który miał doprowadzić do powstania dwóch niezależnych państw. W opinii wielu dotychczasowy mechanizm stał się jedynie gwarantem utrzymania uprzywilejowanej pozycji izraelskiej oraz narzędziem prewencji przeciw palestyńskim aspiracjom narodowym. W konsekwencji trwających ponad piętnaście lat negocjacji wizja palestyńskiego państwa stała się wizją chorego, uzależnionego od Izraela, bezbronnego bantustanu.
Krytyka rokowań to nie tylko krytyka procesu negocjacyjnego, to także dezaprobata organizmu ukonstytuowanego za pośrednictwem rokowań - Autonomii Palestyńskiej. Autonomia jest widziana jako autokratyczny organizm pozbawiony mechanizmów kontroli władzy. Główną przyczyną autokratyzacji jest powiązanie idei istnienia autonomii  z ideą rokowań. Autonomia istnieje, ponieważ tak zadecydowano podczas rokowań, same rokowania natomiast toczą się, bo uczestniczą w nich przedstawiciele autonomii. Rokowania, jak i egzystencja autonomii, są więc widziane jako samo-usprawiedliwiające się procesy, które nie są poddane weryfikacji palestyńskiego społeczeństwa. W konsekwencji więć układ negocjacyjny to instrument utrzymania autokratycznych reżimów (Izraela jak i Autonomii Palestyńskiej), które usprawiedliwiają swoją opresyjną politykę koniecznością negocjacji.
Alternatywą dla dotychczasowego procesu miałaby być więc idea, która zakłada ukonstytuowanie jednego, demokratycznego, praworządnego i świeckiego, państwa, które obejmowałoby swym zasięgiem zarówno dzisiejszy Izrael jak i terytoria okupowane. Koncepcja jednego państwa jest aktualnie najważniejszą i najbardziej popularną alternatywą dla negocjacji. Jak podają statystyki (Jerusalem Media and Comunnication Centre) idee jednego państwa popiera około 65% Palestyńczyków. Poparcie jest bezprecedensowe. Jeszcze cztery lata temu koncepcja  była bliska  jedynie 20% Palestyńczyków. Wzrost poparcia to wynik kilku czynników. Po pierwsze kompromitacji negocjacji z Annapolis z 2008 roku; podtrzymywania przez decydentów, a niepopularnego w społeczeństwie podziału na linii Hamas – Fatah; frustracji powodowanej nieskuteczną polityką Baraka Obamy; krwawej interwencji w Gazie (grudzień 2009/ styczeń 2010), która działa się przy cichej aprobacie  Abbasa; wreszcie bezkompromisowego stanowiska Natanjahu.
Jedno państwo miałoby być osiągnięte za pomocą dwóch mechanizmów: nacisku międzynarodowego oraz aplikacji międzynarodowego prawa. Jak podkreślają zwolennicy, modelowym przykładem, takiego rozwiązania był proces transformacji ustrojowej RPA, gdzie za pomocą owych mechanizmów władze kraju zostały zmuszone do koncesji na rzecz dyskryminowanej części społeczeństwa. Jedno państwa byłoby nie tylko rozwiązaniem niemożliwych do pogodzenia sporów terytorialnych, ale przede wszystkim instrumentem egzekucji międzynarodowego prawa i demokratyzacji, który zastąpiłby opresyjną politykę. Plan miałby być  również rozwiązaniem problemu Izraelskich osiedli, gdyż zagadnienie ich rozwiązania straciło by swoją aktualność.
Należy jednak podkreślić, że z punktu widzenia Izraela idea jednego państwa jest modelem wybitnie niekorzystnym. Mimo pewnego wzrostu zainteresowania modelem (głównym Izraelskim zwolennikiem jest były Minister Obrony i polityk Likudu Mosze Arens), poparcie jest wciąż znikome.  Koncepcja oznacza bowiem likwidację okupacji, co jest jednoznaczne z wyczerpaniem źródeł dochodu z okupacji płynących. (W aktualnym układzie Izrael korzysta ze swej pozycji czyniąc terytoria okupowane rynkiem zbytu. Jednym z przykładów może być sprzedaż wody, którą Palestyńczycy muszą kupować od Izraela po zawyżonych stawkach).  Kolejny problem to kwestia podziału władzy. Aplikując demokratyczne reguły gry państwo izraelsko-palestyńskie stałoby się  organizmem, gdzie żydowska większość byłaby nieznaczna: około 5 milionów 400 tysięcy żydów  w porównaniu do 5 milionów 200 tysięcy Palestyńczyków. (Statystyki dotyczą jedynie ludności żyjącej na terenach dzisiejszego Izraela i Palestyńskiego Terytorium Okupowanego. Warto nadmienić o wskaźniku palestyńskiego przyrostu naturalnego - około 4%, który jest znacząco wyższy od żydowskiego - około 3% ) Oznaczałoby to niekorzystny dla Żydów podział politycznej partycypacji; to z kolei doprowadziłoby do  utraty żydowskiego charakteru państwa a pośrednio ideologicznej porażki syjonizmu. Z punktu widzenia syjonizmu jak i radykalnych środowisk religijnych zgoda na jedno państwo to dezaktualizacja dotychczasowej głęboko zakorzenionej w psychice narodu żydowskiego idei ekskluzywnego prawa do życia na terenie ziemi obiecanej.
Doprowadzenie do ukonstytuowania izraelsko - palestyńskiego państwa wymagałoby zdecydowanego poparcia społeczności międzynarodowej (przede wszystkim Kwartetu Bliskowschodniego – USA, UE, ONZ i Rosji). Należy jednak zaznaczyć, że dyplomacja międzynarodowa nie jest w stanie udzielić poparcia, które choćby częściowo mogłoby być zbliżone swym oddziaływaniem do nacisku zaaplikowanego w przypadku południowoafrykańskim. Wymagałoby to szeregu rezolucji. Przede wszystkim, decyzji podejmowanych na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, które musiałyby potępić Izraelską politykę dyskryminacji, zaaplikować międzynarodowe sankcję, oraz ukonstytuować bojkot Izraela. Zasadnicza przeszkoda to stanowisko USA, od którego uzależnione są decyzje Rady Bezpieczeństwa ONZ. (Rada Bezpieczeństwa to instytucja, gdzie decyzje podejmowane są jednogłośnie. Tym samym każda rezolucja wymaga aprobaty USA jako stałego członka.)
Kolejny problem to kwestia Strefy Gazy, która jako władana przez organizację terrorystyczną nie może cieszyć się uznaniem zagranicznych decydentów. Deklarowane państwo musiałoby więc ograniczyć się terytorialnie jedynie do Zachodniego Brzegu Jordanu i Izraela. Wyizolowanie Gazy byłoby z kolei niebezpiecznym sygnałem dla Hamasu, który pozbawiony mechanizmów integrujących, mógłby podążyć w kierunku radykalizacji.
Zwolennicy koncepcji podkreślają co prawda, że zagadnienie braku poparcia międzynarodowego jest problemem, który z czasem przestanie być kwestia kluczową. Zgodnie z ową logiką Izrael zostanie postawiony w obliczu dwóch rozwiązań: albo zgodzi się na równouprawnienie albo zaaplikuje syjonistyczną wersję apartheidu, która siłą rzeczy musi się prędzej czy później spotkać z potępieniem ze strony społeczności międzynarodowej jak również potępieniem samych Izraelczyków. 
Jak się jednak wydaje Palestyńscy zwolennicy idei jednego państwa zdają się zapominać, że najważniejszym elementem dążenia do ukonstytuowania owego podmiotu jest nie tyle poparcie międzynarodowych decydentów, co działania samych zainteresowanych. Wysiłek mierzący w dyskryminacyjną politykę Izraela, wymagałby ogromnego zaangażowania zwykłych Palestyńczyków. Tak jak w przypadku RPA musiałby zaangażować masowe strajki, pokojowe demonstracje, bierny opór, bojkot izraelskich produktów i usług, odmowę płacenia podatków oraz bojkot instytucji Autonomii Palestyńskiej. To z kolei wiązałoby się z wzrostem bezrobocia oraz wizją gospodarczego załamania.
Kolejnym problemem byłaby reakcja Izraela. Idea biernego oporu niechybnie doprowadziłaby do masowych aresztowań. Co więcej, ewentualny palestyński sukces musiałby być osiągnięty metodami non-violence, co jest scenariuszem wybitnie mało prawdopodobnym. Eskalacja aresztowań doprowadziłaby prędzej czy później do wybuchu agresji, to zaś przekreśliłoby powodzenie biernego oporu a w konsekwencji skutkowałoby reokupacją palestyńskiego terytorium. Z dużą dozą prawdopodobieństwa  próba walki o jedno państwo zakończyłaby się niczym innym jak kryzysem, masowymi aresztami i nasileniem okupacji.
Kolejna ułomność koncepcji to brak przywództwa. Aktualnie idea non-violence jest popularna głownie w kręgach akademickich czy kręgach związanych z działaczami obrony praw człowieka, które nie są w stanie skonsolidować poparcia palestyńskiej ulicy. Nie należy się temu dziwić. Przeciętny mieszkaniec Ramallah czy Nablusu nawet jeśli popiera idee jednego państwa to jest przede wszystkim zainteresowany swoją sytuacją materialną. Jak do tej pory brakuje polityka, który mógłby przekonać palestyńską ulicę do długiego, a z dużą dozą prawdopodobieństwa skazanego na porażkę oporu.
Kolejny mankament to kwestia pokoleniowa. Zwolennicy idei jednego państwa muszą się spieszyć. Generacja Palestyńczyków pamiętających koegzystencję z narodem żydowskim się kurczy. Palestyńczycy, którzy są w stanie wyobrazić sobie życie w jednym państwie z dzisiejszymi Izraelczykami będą stopniowo wymierać. Ci zaś, którzy znają jedynie realia Izraelskiej opresji będą grupą dominującą. W obliczu problemu pokoleniowego otwartym pozostaje pytanie jak potoczyłyby się losy koegzystencji obu narodów. Jak mówią krytycy idei -  podczas, gdy koncepcja południowoafrykańska jest optymistycznym scenariuszem transformacji, to bardziej prawdopodobny jest krwawy model przyszłej koegzystencji – model jugosłowiański . 
Mimo szerokiej dyskusji, idea jednego państwa  nie stanowi podstawy dla rozwiązania problemu. Palestyńczycy tym samym skazani są na kontynuację rokowań wielostronnych, które niechybnie brną w kierunku porażki. Zasadniczym problemem jest więc nie tyle palestyński wysiłek teoretyczny co realia i praktyczne rozwiązania taktyczne kształtowane przez Izrael. Dopóki Izrael będzie kontynuował politykę nierównych, krótkowzrocznych, widzianych przez partykularyzmy negocjacji, dopóty palestyńska niepodległość, jak i bezpieczeństwo regionu pozostanie pobożnym życzeniem.   

Michał Ziemowit Busko

2o.12.2010