Iran. Odłożona rewolucja. 10/07/2009

Irańskie wybory prezydenckie zakończyły się zwycięstwem wybranego na kolejną czteroletnią kadencję Mahmuda Ahmadinedżada. Protesty zwolenników pokonanego Hossejna Musawiego okazały się porażką. Wolnościowy zryw złożył w ofierze zabitych, aresztowanych i zaginionych. (zgodnie z szacunkami Human Rights Wath śmierć poniosło 18 Irańczyków, zanotowano również około 100 przypadków zaginięć oraz tysiące aresztowań).
Kadencja Ahmadinedżada będzie na zawsze naznaczona piętnem dyktatury. Pytanie jak potoczą się losy Irańskiej polityki pozostaje otwarte. Jednak wbrew powszechnej opinii istnieją powody ku temu by przypuszczać, że czerwcowe protesty będą wstępem nie tyle do dyktatury co do powolnej reformy systemu.

Wynik wyborów został ogłoszony 13 czerwca (dzień po wyborach). Rządowa agencja IRNA ogłosiła 66 procentowe poparcie dla urzędującego prezydenta co oznaczało rozstrzygnięcie wyborów już w pierwszej turze (mimo że przeliczono jedynie dwie trzecie głosów). Rewelacje wznieciły masowe protesty zwolenników Hosejna Musawiego - głównego konkurenta Ahmadinedżada w prezydenckim wyścigu. Przedłużający się protest skłonił popierającego Ahmadinedżada Wielkiego Ajatollaha Khamenei do użycia siły. Kiedy na ulicach Irańskich miast padli zabici, Musawi stał się symbolem – przywódcą zgwałconej demokracji.

Irańska Republika Islamska to unikatowy system oparty o teokratyczną legitymizację i demokratyczne mechanizmy kontroli i wyboru przedstawicieli. Fundamentem systemu jest wiara w ukrytego imama, w imieniu którego władzę sprawuje szyicki kler. Odpowiednie przygotowanie pozwala duchownym poznać ukrytą treść objawienia a tym samym oceniać prawodawstwo pod kątem zgodności z regułami islamu. Tradycyjnie kler szyicki cechował kwietyzm. Najważniejsi prawnicy – ajatollahowie pełnili rolę doradców, jurystów, przywódców duchowych ale nie polityków – władców. Dopiero rewolucja z roku 1979 zaangażowała kler jako aktywną część systemu politycznego. Jednym z najważniejszych urzędów stała się 12 – osobowa Rada Strażników Rewolucji, której przewodniczy Wielki Ajatollah. Zadaniem Rady jest ocena ustawodawstwa pod kątem zgodności z Islamem i konstytucją oraz kwalifikacja kandydatów do wyborów parlamentarnych i prezydenckich.

Choć kompetencje prezydenta są ograniczone to waga jego roli polega przede wszystkim na elekcyjności urzędu. Tradycyjnie wybory były wentylem bezpieczeństwa, który mógł rozładować społeczne napięcia. Irańskie wybory były jedyną elekcją w regionie, której wynik nie był z góry ustawiany, kampania wyborcza mogła się odbywać swobodnie. Tym razem było inaczej. Wybory stały się wstępem do rozlewu krwi.

Kto za kim stoi?

Głosowanie było z góry ustawione na korzyść urzędującego prezydenta. Ahmadinedżad nie musiał się obawiać o wynik gdyż znał siłę poparcia Wielkiego Ajatollaha. Błogosławieństwo Khameneiego dla Ahmadinedżada to wynik tarć w łonie szyickiego establishmentu. Ahmadinedżad i jego elektorat to zaplecze Ajatollaha w sporze z reformatorską częścią kleru reprezentowaną przez Alego Rafsandżani oraz Mohammada Khatami. Czerwcowe wybory były nie tylko manifestem poparcia na rzecz Musawiego ale przede wszystkim teatrem rywalizacji Irańskiego establishmentu. Szerokie poparcie dla Musawiego jest nie tylko głosem za jego kandydaturą ale także poparciem dla jego stronników

Ali Akbar Rafsandżani jest jedną z najpotężniejszych postaci Irańskiej polityki oraz najważniejszym przeciwnikiem politycznym Ajatollaha Khameneiego. W latach 1989 – 1997 pełnił urząd prezydenta (zgodnie z Irańską konstytucją Rafsandżani nie mógł kandydować na urząd prezydenta po raz trzeci z rzędu). Jego kadencja była przede wszystkim wysiłkiem na rzecz ugruntowania systemu politycznego Iranu. Rafsandżani dał się poznać jako kreator aparatu administracyjnego oraz twórca cywilnej struktury władzy. Aktualnie sprawuje funkcję szefa Rady Ekspertów – organu kontrolującego urząd Wielkiego Ajatollaha. Pozycja Rafsandżaniego została zaatakowana podczas tegorocznych wyborów - Ahmadinedżad wielokrotnie oskarżał go korupcję i nepotyzm. Wypowiedzi Ahmadinedżada były nie tylko personalnym atakiem na Rafsandżaniego ale także próbą dyskredytacji tradycyjnej Irańskiej elity. Anty-elitarna propaganda Ahmadinedżada jest na rękę Ajatollahowi który, stara się umocnić swoją pozycję względem konkurencji. Poparcie Khameneiego dla Ahmadinedżada jest ryzykowną grą zakrojoną na osłabienie wpływowych rewolucyjnych towarzyszy z Rafsandżanim na czele.

Kolejną kluczową postacią irańskiej polityki jest Mohammad Khatami, który sprawował funkcję prezydenta w latach 1997 – 2005. Khatami występował jako zwolennik porozumienia z USA (oferta współpracy została odrzucona przez administrację Busha), reformator Irańskiej gospodarki - zwolennik otwarcia politycznego i gospodarczego. Jego prezydentura stała się walki z twardogłową częścią kleru. Kiedy Ahmadinedżad objął urząd prezydenta po raz pierwszy Khatami stał się głównym politykiem opozycji. Wielokrotnie krytykował regresywną politykę oraz angażował się w poparcie dla urzędującego premiera Musawiego. W lutym b.r. Khatami ogłosił swoją kandydaturę którą potem wycofał celem wsparcia kandydatury Musawiego.

Pierwsze stracie Ahmadinedżada ze stronnictwem reformatorskim miało miejsce podczas wyborów z roku 2005. Wtedy to wywodzący się młodszej generacji polityków Ahmadinedżad zaatakował irańskie elity. Ahmadinedżad dał się poznać jak o charyzmatyczny polityk, kandydat skromny, prosty przedstawiciel ludu, religijny choć nie związany z szyickim klerem muzułmanin. Cztery lata prezydentury ujawniły prawdziwe oblicze – dyktatorskie zapędy i nieudolna polityka zniechęciła wielu zwolenników prezydenta.

Dzisiejsze poparcie dla kandydatury Musawiego jest więc wyrazem niezadowolenia z prezydentury Ahmadinedżada. W tym miejscu należy podkreślić, protesty zwolenników Musawiego nie były antysystemową rewolucją lecz głosem w imię respektowania fundamentów republiki islamskiej. Zarówno Musawi jak i popierany przez Khameneiego Ahmadinedżad występowali jako kandydaci na wskroś islamscy. Jednakże to właśnie Musawi zdołał zaprezentować się jako muzułmanin szanujący idee republiki oraz obrońca tradycyjnej wartości islamskiej – sprawiedliwości. Kiedy Irański reżim zdecydował się odpowiedzieć siłą, dla wielu stało się jasne, że wartości republiki zostały pogrzebane.

Czerwcowe wybory obnażyły słabość irańskiego reżimu. Władza która strzelając do własnych obywateli broni się przed wolą wyborców to władza wątła i zdegradowana. Tym samym mimo, że zielona rewolucja zwolenników Musawiego poniosła klęskę to reperkusje czerwcowych wyborów mogą daleko idące konsekwencje. Wolnościowy zryw może być zarówno wstępem do dalszej erozji systemu lub do reform zmierzających w kierunku uzdrowienia reżimu. Wiele zależy od postawy ‘zwycięscy’ wyborów – Ahmadinedżada jak i od stanowiska Ajatollaha Khameniego.
Zmiany są nieuniknione.
Przyszłość Irańskiego reżimu jest uzależniona od jakości polityki międzynarodowej, która jest nieodłącznie skorelowana z nastrojami wewnętrznymi. Populistyczne hasła antyamerykanizmu czy poparcie dla islamskiego ekstremizmu są narzędziami propagandy które skutecznie legitymizują radykalizm reżimu. Nie brakuje głosów ostrzegających, że osłabiony prezydent będzie się starał odzyskać poparcie za pomocą dalszej radykalizacji. Eskalacja miałby więc doprowadzić do rozwoju militarnego programu nuklearnego, infiltracji Iraku i Libanu, wzrostu nastrojów antyamerykańskich i antysemickich.

Równie dobrze jednak, polityka Iranu może obrać całkowicie inny – reformatorski kurs. Przyczyny dla którego otoczenie Ahmadinedżada może podążyć w kierunku reform są dwojakie. Po pierwsze radykalizm się nie opłaca, po drugie reformy mogą wzmocnić reżim. Niezmiernie ważna będzie postawa Ajatollaha Khamenei. Zaangażowanie Khameniego w rozlewy krwi osłabiło jego zdawałoby się niepodważalny autorytet, Ajatollah jest krytykowany nie tylko przez zszokowanych przemocą wyborców Musawiego ale także przez kręgi wysokiego szyickiego duchowieństwa.

Wpływowy Wielki Ajatollah Yousef Sanei określił uczestnictwo Khameniego w wyborczych fałszerstwach jako ‘haram’ (określenie oznaczające działanie zakazanie prawodawstwem islamskim) podkreślając, że zgodnie z Konstytucją Ajatollah powinien pozostać neutralny. Dotkilwa krytyka podała ze strony imama Mohsena Kadivariego, który porównał władzę Khameneiego do dyktatury szacha.

Pozycja Ajatollaha jest silna lecz nie absolutna, Khamenei nie może sobie pozwolić na izolację w obrębie własnego środowiska. Krytyka ze strony tej części duchownych którzy ramię w ramię z Khameneim walczyli o islamską demokrację wskazuje na głębokie podziały wewnątrz systemu. Mimo że, poparcie Khameniego dla Ahmadinedżada było formą politycznej próby sił zorientowaną na osłabienie reformatorskiej części kleru, to samo zaangażowanie w fałszerstwa i brutalne represje przyniosło odwrotny skutek. Zmarnowany społeczny kredyt zaufania może się okazać długiem którego Khamenei nigdy nie spłaci. Powyborczy Iran widzi w tradycyjnych kręgach duchowieństwa przeciwnych Khameneiemu reformatorów i obrońców sprawiedliwości.

Wydaje się, ze Ajatollah będzie zmuszony do złagodzenia kursu co w praktyce oznacza rezygnację z tradycyjnej retoryki i urzędowej propagandy. Reżim będzie musiał złagodzić ostrze dotychczasowej krytyki państw zachodnich - polityka obwiniana zachodu za wszystkie niepowodzenia Iranu nie znajduje dłużej kręgu odbiorców. Populizm przestał być skutecznym narzędziem kreowania społecznych nastrojów. Wielu wyborców to ludzie młodzi, wykształceni i zaznajomieni globalnymi środkami wymiany informacji. Iran nie jest czarną dziurą – państwem cudów na kształt Korei Płn. Dzisiejsi przeciwnicy Ahmadinedżada to jego niegdysiejsi zwolennicy, którzy poczuli się zawiedzeni prymitywną propagandą, księżycową ekonomią i pustymi obietnicami bez pokrycia.

Irańczycy są znużeni irracjonalną polityką opartą o wytarte rewolucyjne hasła, przeciętny mieszkaniec Teheranu wcale nie tęskni za eksportem rewolucji ale potrzebuje godnych warunków życia. Spadająca cena ropy, dotkliwe koncesje oraz rozdawnicza polityka przyczyniły się do przyśpieszonej pauperyzacji Irańskiego społeczeństwa. Tradycyjna propaganda Ahmadinedżada tłumaczy kryzys zaangażowaniem państw zachodnich jak i korupcją w kręgach wysokiego duchowieństwa. Dzisiaj jedyna część społeczeństwa która ufa prezydentowi to wiejska biedota, ogromna większość Irańskiej klasy średniej zdaje sobie sprawę że wina leży gdzie indziej. Irańskie nastroje wymagają inwestycji wewnątrz kraju. Jeśli prezydent chce odzyskać choć cześć społecznego zaufania będzie musiał zrezygnować z rozdawnictwa i populizmu, doprowadzić do porozumienia ze społecznością międzynarodową oraz zaprzestać subsydiowania potrzeb Hezbollahu w Libanie czy Hamasu w Palestynie.

Centralnym zagadnieniem Irańskiej polityki zagranicznej pozostaje problem negocjacji z USA. Wbrew pozorom ‘zwycięstwo’ Ahmadinedżada nie powinno stanowić przeszkody na drodze porozumienia. Z punktu widzenia administracji amerykańskiej negocjacje z osłabionym Ahmadinedżadem mogą być łatwiejsze. Z perspektywy Iranu natomiast porozumienie z USA może być wstępem do złagodzenia kryzysu.

Zarówno USA jak i Iran stoją w obliczu destabilizacji regionalnej. Jednym z kluczowych problemów jest napięta sytuacja w Iraku, którego stabilizacja jest zarówno w interesie Białego Domu jaki i Teheranu. Możliwą płaszczyzną współpracy jest wzajemne poparcie dla Irackiego koalicyjnego gabinetu premiera Malikiego. Tym bardziej, że kooperacja stała się bardziej prawdopodobna wraz zapowiedziami wycofania amerykańskiego wojska jak i w obliczu neutralności Iranu w stosunku do szyickich rebeliantów Iraku.

Genezą przyszłej współpracy może być także zagrożenie ze strony al-Qaidy. Międzynarodówka Bin Ladena to nie tylko wróg USA ale również organizacja anty-szyicka, odpowiedzialna za szereg krwawych zamachów skierowanych w szyitów Iraku.

Wspólnym zagadnieniem bezpieczeństwa pozostaje stabilizacja Afganistanu. Napięta sytuacja zagraża nie tylko interesom państw zachodnich, ale przede wszystkim reżimom krajów sąsiadujących – w tym władzy Ajatollahów, która obawia się wpływu fanatycznej sunnckiej ideologii Talibów.

Regionalna współpraca obu aktorów jest więc nie tylko możliwa ale i konieczna. Teheran widzi we współpracy przyzwolenie na cywilny program atomowy oraz szanse na zniesienie sankcji. Taki rezultat byłby doskonałym antidotum na powyborczy kryzys władzy.

Z punktu widzenia Białego Domu natomiast negocjacje są konieczne jako instrument stabilizacji regionu. Choć Amerykanie zdają sobie sprawę, że udane negocjacje pomogą wzmocnić Irański reżim to cena w postaci ugruntowania pozycji Ahmedinedżada nie jest wygórowana.

Paradoksalnie więc mimo, że Irańskie wybory zakończyły się dyktatorskim ‘zwycięstwem’ aktualnej władzy to w ostatecznym rozrachunku reżim Teheranu będzie zmuszony do współpracy na polu polityki wewnętrznej jak i międzynarodowej. Tarcia pomiędzy kręgami szyickiego duchowieństwa jak i realia dyplomacji międzynarodowej mogą być katalizatorem reform. Wyborcza rywalizacja ujawniła głęboki podziały wewnątrz systemu, rolą duetu Ahmedinedżad – Khamenei będzie więc próba odbudowy zaufania co może oznaczać nie tylko wzmocnienie władzy ale przede wszystkim zmianę życia społecznego i politycznego Iranu.


Michał Ziemowit Buśko


tekst opublikowany 21 lipca 2009 na łamach
www.stosunkimiedzynarodowe.info

http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/artykul,448,Iran_odlozona_rewolucja

Negocjacje z Hamasem – bolesna konieczność. 10/06/2009

Mija trzeci miesiąc trudnego przywództwa Benjamina Netanjahu.[1] Premier stoi na czele wątłej, podzielonej koalicji. Kształt Izraelskiego gabinetu to wynik mediacji słabych aktorów sceny politycznej. Skromne wyborcze zwycięstwo zmusiło premiera do współpracy ze skrajną prawicą oraz konkurencyjną Partią Pracy.[2] Podczas gdy Izrael stoi w obliczu trudnych wyborów, przywództwo Netanjahu nie sprzyja odważnym decyzjom. Zmiana układu politycznego to przede wszystkim zagrożenie dla idei rokowań - ryzyko stagnacji, która może obrócić się w konflikt…
Netanjahu skorzystał na radykalnych nastrojach, duch negocjacji dogorywa, a po obu stronach barykady nie brakuje głosów na rzecz rewizji dotychczasowej polityki. Zwycięstwo Netanjahu to dowód na martwotę procesu pokojowego. Idea ‘two state solution’ jest odległym scenariuszem.

Dzisiejszy zastój to polityczne dejavu - przypomina kryzys z roku 1996, kiedy to Netanjahu po raz pierwszy objął urząd premiera. Wiosną 1996 głównym postulatem była negacja procesu pokojowego zapoczątkowanego w Oslo (1993). [3] Dzisiaj Premier i jego koalicjanci odrzucają rokowania z Annapolis. Partnerzy Netanjahu nie pozostawiają złudzeń. Izraelski Minister Spraw Zagranicznych Avigdor Lieberman oświadczył: ‘Izrael nie jest dłużej zobligowany przez ustalenia konferencji pokojowej z Annapolis’.[4] Jak zaproponował Liberman na łamach Izraelskiego Haaretz rozwiązaniem powinien być raczej ‘model cypryjski’ – separacja w ramach jednego państwa (jak dodał minister negocjacje ‘two state solution’ to strata czasu i pieniędzy).[5] Deklaracja Liebermana to zielone światło dla izraelskiej ekspansji jak i dla palestyńskiego radykalizmu. Hamasowski Doradca Premiera Ismaila Hanija Youssef Rizqah skomentował rewelacje Liebermana mówiąc: ‘deklaracja Liebermana to przejaw ekstremizmu, który odmawia Palestyńczykom podstawowych praw (…) rasistowska polityka Izraela powinna spotkać się ze zdecydowanym stanowiskiem wszystkich Palestyńczyków.’[6]

„Mapa Drogowa – droga do nikąd.”

Nasilenie polityki ekspansji terytorialnej i separacji etnicznej jest zagrożeniem regionalnego bezpieczeństwa. Dylemat Netanjahu to z jednej strony rozbudowa osiedli, veto dla palestyńskiej niepodległości i gwarancje dla radykalnych koalicjantów; z drugiej strony zaś realia, które nie pozwalają na ekstremalną politykę. Premier nie może sobie pozwolić na eskalację przemocy. Głównym celem Netanjahu jest władza. Zerwanie rozmów pokojowych grozi konfliktem, który pogrzebie jego polityczną karierę. Kadencja Netanjahu będzie więc próbą ryzykownego balansu. Doraźnym rozwiązaniem, za którym optuje premier jest powrót do zmodyfikowanej idei Mapy Drogowej - formy zarządzania kryzysem, który jest metodą na negocjacje bez koncesji. Taktyka premiera to ryzykowna gra, której cenę przyjdzie zapłacić Palestyńczykom.

Mapa Drogowa jest planem pokojowym opracowanym wiosną 2002 przez Kwartet Bliskowschodni (USA, Rosja, ONZ, UE). Pierwsze stadium porozumienia zobowiązuje Izrael do zaprzestania działalności osadniczej i usunięcia części osiedli. Izrael ma również umożliwić swobodę poruszania się oraz zaprzestać represji ludności cywilnej. Strona palestyńska natomiast ma się uporać się z terroryzmem, chaosem i przemocą. Teoretycznie mapa jest planem który mógłby stać się wstępem do wycofania izraelskiej okupacji. W praktyce jednak porozumienie w oparciu o idee mapy jest niemożliwe. Strona Izraelska forsuje bowiem szereg obostrzeń które mają stać się warunkiem wstępnym dla aplikacji mapy.[7] Zgodnie z izraelskim stanowiskiem porozumienie z Palestyńczykami może być możliwe jedynie pod warunkiem palestyńskiej zgody na uznanie Izraela za państwo żydowskie. Nacisk Netanjahu na palestyńską akceptację żydowskiej etniczności Izraela ma swój głębszy kontekst. Jest to taktyka prewencji przeciw palestyńskim żądaniom powrotu palestyńskich uchodźców na terytorium Izraela. ‘Prawo powrotu’ jest jednym z podstawowych Palestyńskich żądań negocjacyjnych. Premier Netanjahu zdaje sobie sprawę, że żaden palestyński polityk nie może sobie pozwolić na porzucenie postulatu powrotu wygnańców. Tym samym więc Izraelski wstępny warunek negocjacyjny z góry uniemożliwia porozumienie jako takie. Brak porozumienia jest natomiast doskonałym pretekstem dla dalszej ekspansji terytorialnej. Jednocześnie Netanjahu daje jasno do zrozumienia, że Izrael nie wycofa się z polityki osadniczej. Premier naciska na społeczność międzynarodową by ta zgodziła się na aktualizację postanowień mapy drogowej w kwestii rozbudowy osiedli; chodzi konkretnie o postulat rozbudowy osiedli pod pretekstem ‘naturalnego rozwoju demograficznego’. Kolejne izraelskie obostrzenie dotyczy statusu Jerozolimy. Premier kilkakrotnie odrzucił palestyński dezyderat utworzenie stolicy we wschodniej Jerozolimie. Co więcej, Izraelskie veto dla podziału Jerozolimy jest skorelowane z polityką ekspansji i wyburzania palestyńskich domostw. [8]

Zgodna na negocjacje oparte o uznaniowe ogólniki mapy drogowej jest izraelską odpowiedzią na nacisk ze strony USA, które chcą doprowadzić do wznowienia rozmów. Netanjahu może tym samym swobodnie pozorować chęć negocjacji z jednoczesną polityką ekspansji. Podczas gdy mapa jest teoretyczną agendą porozumienia, jej ogólnikowość i oczywista ułomność jest praktycznym instrumentem opóźniania porozumienia. Plan jest więc formą negocjacyjnego szantażu. Podczas gdy brak zgody na Izraelskie warunki oznacza utrzymanie okupacji, ewentualna współpraca wcale nie gwarantuje Izraelskiej zgody na niepodległość.

Izraelski wymóg zaprzestania działalności zbrojnej jest de facto naciskiem na uznanie okupacji bez jakichkolwiek gwarancji na rzecz wycofania Izraelskiego wojska. Brak koncesji będzie oczywistym zarzewiem konfliktu. Powrót do idei Mapy Drogowej jest błędnym kołem, rozwiązaniem, które nie zapewnia minimum stabilizacji, a przede wszystkim opóźnia powstanie niepodległego państwa palestyńskiego. Fakt, że Netanjahu korzysta ze zużytej koncepcji mapy jest dla palestyńskich negocjatorów wyraźnym sygnałem – Izrael negocjować nie che. Nie należy się spodziewać wiec, by Palestyńscy przywódcy zgodzili się na współpracę.

Palestyński negocjator Ahmad Qurei nie pozostawia złudzeń: ‘Izraelskie veto dla zobowiązujących negocjacji oznacza de facto eliminację procesu pokojowego (…) ignorancja Izraelskiego rządu jest poważnym zagrożeniem bezpieczeństwa’.[9] Izraelskie rewelacje wstępnych warunków negocjacyjnych zostały dodatkowo skomentowane stanowiskiem palestyńskiego szefa Departamentu ds. Negocjacji (Dr. Saeb Erakat) który oświadczył: ‘Izraelski premier nie pozostawia nam wyboru (…) Netanjahu ani razu nie zaakceptował idei niepodległej Palestyny, w zamian za to przedstawił szereg warunków które uniemożliwiają zbudowanie witalnego niepodległego państwa (…) Netanjahu obwinia Palestyńczyków za Izraelską agresję, jego absurdalne obostrzenia negocjacji to wymóg zgody na okupację’[10]

Stanowisko konkurencyjnego dla Fatahu Hamasu jest zgodne z tradycyjnie sztywną polityką. Hamasowski Doradca Premiera Ismaila Hanija Youssef Rizqah wezwał do: ‘porzucenia idei negocjacji opartej o postanowienia Mapy Drogowej, która jest wykorzystywana jako instrument Izraelskiej polityki divide et impera.’[11]

Przezwyciężenie Impasu będzie herkulesowym wysiłkiem. Podczas, gdy gabinet Netanjahu nie jest w stanie zdobyć się na ustępstwa, Palestyńscy radykałowie wykorzystują stanowisko premiera jako wodę na młyn swej propagandy. Pro-negocjacyjny obóz prezydenta Abbasa traci poparcie. Palestyna jest słabsza niż kiedykolwiek: podzielona politycznie i geograficznie; pogrążona w wewnętrznym konflikcie.

Podzieleni Palestyńczycy nie są w stanie wypracować jednolitej strategii negocjacyjnej. Konflikt jest na rękę Izraelowi, który stara się rozgrywać palestyńskie karty za pomocą polityki kija i marchewki. Izraelska taktyka to blokada Strefę Gazy i bojkot Hamasu połączony z faworyzowaniem władzy Zachodniego Brzegu Jordanu. Mimo społecznego zaplecza i zaufania swojego elektoratu Hamasu pozostaje wykluczony – zepchnięty do getta Gazy. Skompromitowana władza Abbasa utrzymuję się zaś dzięki izraelskiej jak i międzynarodowej polityce bojkotu Hamasu. W konsekwencji więc odizolowany Hamas podąża w kierunku radykalizacji. Radykalne nastroje są z kolei impulsem umacniającym sztywną politykę Izraelską, która de facto oznacza zawieszenie procesu pokojowego. Brak mediacji jest natomiast doskonałym pretekstem do kontynuacji polityki osadniczej, co prowadzi do dalszej radykalizacji palestyńskich nastrojów i zamyka błędne koło Izraelsko – Palestyńskich relacji.

Jak więc widać wiarygodny proces pokojowy wymaga przede wszystkim przyciągnięcia Hamasu w kierunku mediacji oraz odblokowania Strefy Gazy. Problemem pozostaje agenda premiera Netanjahu, który z pewnością pozostanie wierny polityce nacisku. Jak się wydaje, siłą zdolną do zmiany izraelskiego stanowiska może być skuteczna mediacja międzynarodowa w szczególności zaś inicjatywa USA.


Pax Americana. Pax Arabica.
Warto się na wstępie zastanowić, dlaczego amerykanie mieliby się w ogóle angażować w skomplikowane Palestyńsko – Izraelskie relacje. Odpowiedź tkwi w szerszym kontekście polityki regionalnej. USA jako siła kształtująca realia polityczne Bliskiego Wschodu musi zapewnić sobie lokalne poparcie. Nadwyrężone zaufanie wymaga szukania skutecznych narzędzi propagandowych. Hasło palestyńskiej niepodległości to doskonały instrument wpływu na arabskie nastroje. Suwerenna Palestyna to przede wszystkim skuteczna broń w ideologicznej walce z najbardziej zaciekłym wrogiem USA – al-Qaidą. Sukces na polu rokowań Izraelsko – Palestyńskich wytrąciłby bowiem z rąk radykałów argument o Syjonistyczno-Amerykańskim spisku skierowanym w Islam jako taki. Bin Laden już od momentu powołania swej międzynarodówki uczynił ze spiskowej syjonistycznej teorii dziejów podwaliny swej nienawistnej agitacji. Rzekomy syjonizm USA (czy konkretnie syjonizm amerykańskich prezydentów), który mierzy w destrukcję islamu, jest także kręgosłupem propagandy Iranu. Tym samym wiec udana pro-palestyńska inicjatywa to użyteczna broń w walce z al-Qaidą z jednej strony, oraz z propaganda Irańską z drugiej.[12]

Palestyńskie państwo jest koniecznym elementem anty-irańskiej strategii. Amerykańskie plany to szeroko zakrojona inicjatywa, która ma ambicję zreorganizować bliskowschodnie realia polityczne. Taktyka USA polega na zaangażowaniu sunnickich państw arabskich, Turcji oraz Izraela celem osłabienia Iranu. Znamienne są zapowiedzi powołania regionalnego systemu bezpieczeństwa pod amerykańskim protektoratem. Podczas marcowej wizyty w regionie Sekretarz Stanu Hillary Clinton ogłosiła plan utworzenia systemu, który miałby objąć nie tylko kraje sojusznicze (Egipt, Izrael, Jordanię), ale także Syrię i Liban.[13] Kalkulacje Białego Domu wymagają więc przezwyciężenia lokalnych konfliktów. Na przeszkodzie ku ‘pax americana’ stoją bowiem trudne relacje palestyńsko – izraelskie oraz izraelsko – syryjskie.

Problem palestyński składa się z dwóch kluczowych zagadnień. Po pierwsze amerykanie muszą dążyć do odnowienia rozmów palestyńsko – izraelskich oraz naciskać na Izrael by ten zaprzestał polityki osadnictwa. Po drugie administracja Obamy będzie zmuszona odpowiedzieć na problem obecności Hamasu.

Poparcie dla idei negocjacji stało się głównym punktem marcowej wizyty Amerykańskiej Sekretarz Stanu H. Clinton w regionie, która zapowiedziała ‘pełne amerykańskie zaangażowanie celem osiągnięcia porozumienia w postaci dwóch niepodległych państw’. Clinton zadeklarowała jednocześnie ‘wsparcie wysiłku na rzecz negocjacji, które są jedyną i nie uniknioną drogą porozumienia’. [14]

Dodatkowa deklaracja to wypowiedź Clinton, która skrytykowała Izraelską działalność osadniczą jako ‘poważną przeszkodę procesu negocjacyjnego’. Słowa krytyki padły w stronę Izraelskich planów wyburzania palestyńskich domostw w Jerozolimie, które zostały określone jako działalność niezgodna z dotychczasowymi porozumieniami. [15]

Mimo, że poparcie dla negocjacji stało się kluczowym zagadnieniem amerykańskiej agendy przezwyciężenie impasu może stać się niemożliwe ze względu na trwającą blokadę Gazy. Dotychczasowa sytuacja, w której jedna cześć terytorium palestyńskiego pozostaje odseparowana jest czynnikiem, który praktycznie uniemożliwia normalizację. Podział geograficzny przekłada się na podział społeczny - półtoramilionowa populacja Strefy Gazy pozostaje wykluczona. Stabilizacja jest możliwa jedynie za pośrednictwem negocjacji odzwierciedlających wolę wszystkich Palestyńczyków.

W tym miejscu warto podkreślić, że jest wybitnie mało prawdopodobne by administracja amerykańska udzieliła oficjalnego poparcia dla Hamasu. Hamas jest i pozostanie postrzegany jako organizacja terrorystyczna. Z drugiej jednak strony impas w kwestii Gazy uniemożliwia rokowania, na których amerykanom zależy. Jeśli Biały Dom nie wypracuje taktyki zaangażowania Hamasu w proces pokojowy idea negocjacji pozostanie pobożnym życzeniem.

Wbrew utartym schematom współpraca z Hamasem jest konieczna. Kooperacja z Hamasem może być narzędziem osłabienia międzynarodowych koneksji Teheranu. Hamas stoi w obliczu trudnych wyborów pomiędzy sojuszem z antyizraelskim i antyamerykańskim Iranem a współpracą z przychylnymi USA krajami arabskimi. Wybór hamasowskich decydentów nie jest oczywisty. Sojusz z Iranem oznacza dalsze wykluczenie i marginalizację ruchu, natomiast współpraca z sunnickimi krajami arabskimi to rezygnacja z dotychczasowej anty-negocjacyjnej postawy, która zapewnia Hamasowi konieczne zaplecze społeczne. Przyciągnięcie Hamasu w kierunku pro-amerykańskiego obozu będzie możliwe jedynie pod warunkiem ustępstw których Hamas oczekuje, w praktyce oznacza to zniesienie amerykańskiego bojkotu.

Jak się wydaje przywódcy Hamasu są świadomi swej pozycji. Co więcej, starają się wykorzystać zmianę amerykańskiej prezydentury jako szansę na komunikację z Białym Domem. Znaczący w tym kontekście jest epizod, do którego doszło w lutym b.r. kiedy to Hamas wykorzystał wizytę senatora Johna Kerry w Gazie celem nawiązania kanałów nieoficjalnej dyplomacji. Kerry otrzymał list zaadresowany do prezydenta Obamy, w którym to przywódca Hamasu w Gazie Ahmad Yousef pogratulował Obamie wyborczego zwycięstwa! Choć dokładna treść listu jak sposób jego dostarczenia pozostanie tajemnicą sygnały Hamasu w kierunku porozumienia są faktem. Dodatkowa deklaracja padła ze strony przywódcy Hamasu Khalida Meshaala, który bez ogródek stwierdził, że: ‘oficjalne otwarcie USA w kierunku porozumienia z Hamsem jest kwestią czasu’. [16]

Z punktu widzenia Białego Domu rozwiązanie problemu zaangażowania Hamasu nie będzie możliwe bez współpracy państw arabskich. Amerykanie chcą pozyskać wsparcie Ligi Państw Arabskich, za pomocą, której odblokowanie Strefy Gazy może zostać skorelowane z transformacją Hamasu. Prawdopodobna polityka USA na polu palestyńskim to współpraca amerykańsko-arabska w oparciu o tzw. Inicjatywę Arabską. (Jest to plan pokojowy przedstawiony po raz pierwszy na Szczycie Państw Arabskich w Bejrucie w 2002 roku.) Propozycja zakłada normalizację stosunków z Izraelem w zamian za utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego w granicach określonych 242 Rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ.[17] Tym samym więc, inicjatywa miałaby zobowiązać Izrael do wycofania wojska, zniesienia osadnictwa oraz zgody na utworzenie palestyńskiej stolicy we Wschodniej Jerozolimie.

Arabski plan pokojowy to nie tylko normalizacja stosunków z Izraelem czy metoda na palestyńskie negocjacje. Porozumienie arabsko – izraelskie doskonale wpisuje się w amerykańskie plany bezpieczeństwa regionalnego gdyż kooperacja amerykańsko –arabska to kolejna inicjatywa wymierzona w Teheran. Decydenci Ligi Państw Arabskich traktują swój plan jako szansę na przewodnictwo w świecie muzułmańskim. Inicjatywa jest de facto saudyjską koncepcja restauracji nadszarpniętej przez Iran reputacji reprezentantów Islamu. (Iran powołując się na amerykański syjonizm wykorzystuje sojusz saudyjsko – amerykański jako oskarżenie o udział w anty-islamskim spisku). Saudyjska inicjatywa na rzecz niepodległości Palestyny jest wiec elementem ideologicznej walki o islamski rząd dusz. Dodatkowo plan pokojowy to metoda na neutralizację wpływów Hamasu. Inicjatywa zakłada bowiem negocjacje w oparciu o wyrzeczenie się przemocy jak i uznanie Izraela. Hamas, którego działalność jest finansowana (między innymi) przez Saudyjską monarchię, będzie musiał więc zgodzić się na współpracę, gdyż nieugięta postawa może grozić odcięciem funduszy.

Nie dziwi więc postawa prezydenta Obamy, który podczas kwietniowego spotkania z królem saudyjskim Abdullahem (01/04/09) potwierdził amerykańskie wsparcie dla Arabskiej Inicjatywy Pokojowej.[18]
Jednakże mimo teoretycznych korzyści inicjatywa to plan, który rozbija się o praktyczne realia stosunków Izraelsko-Palestyńskich.

Premier Netanjahu nie chce negocjować, gdyż koncesje na rzecz Palestyny są w sprzeczność i z jego programem politycznym, zakładającym dalszą kolonizację terytoriów okupowanych. Palestyńczycy z kolei są zbyt podzieleni wewnętrznie. Podczas, gdy prezydent Abbas i jego otoczenie widzą w inicjatywie szansę na porozumienie, Hamas konsekwentnie odmawia uczestnictwa w rozmowach, negując zasadność negocjacji opartych o dotychczasowe rokowania. Podczas ostatniej rundy rozmów koalicyjnych w Kairze, Hamas zanegował podpisane do tej pory porozumienia pomiędzy Izraelem a OWP - tym samym odrzucił podstawowe założenie inicjatywy tzn. uznanie Izraela. [19]

Podstawa Hamasu to konsekwencja długiej polityki bojkotu. Kiedy wiosną 2007 roku Hamas, jako członek palestyńskiego Rządu Jedności Narodowej, uznał dotychczasowe zobowiązania OWP, społeczność międzynarodowa pozostała głucha. Dzisiaj Hamas występuje jako trudniejszy rozmówca. Dwa lata międzynarodowego bojkotu niczego nie zmieniły. Problem Hamasu jako reprezentanta dużej części palestyńskiej ludności pozostaje aktualny dopóty, dopóki żyją Palestyńczycy skłonni udzielić Hamasowi poparcia. Ze względu na realia okupacji takiego poparcia nigdy nie zabraknie.

Problem palestyński stał się między innymi częścią amerykańskiego planu normalizacji stosunków z Syrią. Zgodnie z kalkulacjami USA rekoncyliacja amerykańsko – syryjska to kolejna metoda na osłabienie Iranu. Ponadto współpraca Stanów Zjednoczonych z Syrią jest postrzegana jako narzędzie normalizacji stosunków Syryjsko – Izraelskich oraz instrument nacisku na palestyńskie bojówki cieszące się Syryjskim poparciem (rzecz jasna chodzi głównie o poparcie dla Hamasu).


Koncepcja syryjska.

Oczywiście współpraca Waszyngtonu z Damaszkiem pozostałaby w sferze fantazji, gdyby jedynym argumentem na rzecz normalizacji była idea odnowienia mediacji Izraelsko – Palestyńskich. Z punktu widzenia Białego Domu współpraca z Syrią to przede wszystkim próba demontażu sojuszu syryjsko-irańskiego.[20] Rozbicie antyamerykańskiego aliansu byłoby niewątpliwym sukcesem. Osamotniony Iran straciłby regionalną inicjatywę, co pozwoliłoby Amerykanom kształtować korzystny dla siebie układ bezpieczeństwa.

Współpraca z Damaszkiem to ponadto koniec niezależnej syryjskiej polityki, która godzi w interesy zarówno amerykańskie jak i izraelskie. Jednym z wielu spornych zagadnień syryjsko – amerykańskich jest problem granicy syryjsko – irackiej. Amerykanie podejrzewają Damaszek o co najmniej przychylny stosunek do radykalnych bojówkarzy, ukrywających się na pograniczu. Plany stabilizacji Iraku wymuszają skuteczną współpracę z Irackimi sąsiadami: z Jordanią, Turcją oraz przede wszystkim Syrią. Tym samym kooperacja syryjsko – amerykańska to lepsze zabezpieczenie amerykańskiej obecności w regionie.

Zagadnienie syryjskie stało się częścią ożywionej bliskowschodniej dyplomacji. W marcu b.r. Sekretarz Clinton zapowiedziała: ‘kooperację i porozumienie’.[21] Jednocześnie Obama zdecydował się na oficjalne kanały dyplomatyczne wysyłając przedstawicieli Urzędu Stanu, którzy spotkali się z syryjskim ambasadorem Imadem Mustafą.
Dodatkową misję dyplomatyczną powierzono senatorowi Johnowi Kerry, który podjął się oficjalnej wizyty w Damaszku. Zmiana amerykańskiej polityki regionalnej spotkała się z przychylną reakcją Syrii. W wywiadzie udzielonym włoskiej ‘La Repubblica’ prezydent Asad dał jasno do zrozumienia o swojej gotowości negocjacyjnej; zapytany o ewentualność spotkania z prezydentem Obamą komentował: ‘mam nadzieję spotkać prezydenta celem zobowiązujących i jasno dookreślonych negocjacji (…) jestem daleki od towarzyskiej wizyty z pamiątkowym zdjęciem w tle’.[22] Porozumiewawcze gesty Asada to wynik chłodnej kalkulacji politycznej. Izolacja nie przynosi dłużej politycznych korzyści, Syria nie może dłużej pozostawać ‘chorym człowiekiem’ Lewantu. Współpraca z USA to szansa na zniesienie sankcji i ożywienie gospodarcze. Poza korzyściami natury ekonomicznej niezmiernie ważne są profity polityczne. Asad zdaje sobie sprawę ze swej wyjątkowej pozycji mediatora relacji amerykańsko – irańskich. Co więcej, porozumienie jest dla Damaszku szansą na zaistnienie jako ważny regionalny gracz.
Syria ma bowiem nadzieję na amerykańskie zielone światło dla swej mocarstwowej polityki w Libanie.
Negocjacje Syryjsko – Amerykańskie są dodatkowo relewantne w stosunku do relacji Syryjsko – Izraelskich. Jeśli bowiem amerykański plan organizacji regionalnego systemu bezpieczeństwa ma się zakończyć powodzeniem, USA musi naciskać na porozumienie pomiędzy Damaszkiem a Tel–Avivem.

Negocjacje z Izraelem maja swoją cenę, którą reżim w Damaszku jest skłonny zapłacić. Prezydent Asad liczy przede wszystkim na odzyskanie okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan. Wzgórza to tradycyjne opium dla mas i doskonale narzędzie wpływu na syryjskie nastroje. Odzyskanie strategicznie ważnych terytoriów pomogłoby Asadowi wzmocnić swój dyktatorski autorytet i zaprezentować się jako skuteczny przywódca. W obliczu terytorialnych koncesji, zniesienia sankcji i amerykańskich pieniędzy, cena zerwania z wrogą Izraelowi polityką nie jest wygórowana. Nic więc dziwnego, że tradycyjna syryjska retoryka ulega zmianie. W wywiadzie udzielonym amerykańskiemu New Yorker prezydent Asad zadeklarował: ‘Syria wciąż wierzy w potrzebę negocjacji, jesteśmy gotowi na rozmowy zmierzające w kierunku pokoju’. [23]

Porozumienie może jednak rozbić się o sztywne stanowisko Izraela. Premier Netanjahu stoi przed strategicznie trudnym wyborem. Współpraca z Damaszkiem oznacza, co prawda gwarancje na rzecz izraelskiego bezpieczeństwa jednak cena negocjacji może być zbyt wygórowana.[24] Normalizacja stosunków oznacza utratę witalnych dla Izraelskiej koncepcji osadniczej Wzgórz Golan. Dodatkowym problemem, który wiąże ręce Izraelskiego premiera jest mocna pozycja Hamasu.
Syria z pewnością będzie naciskać na odblokowanie Gazy i uznanie Hamasu za pełnoprawnego uczestnika palestyńskiego życia politycznego, a tym samym jako równoprawnego Fatahowi przedstawiciela polityki negocjacyjnej. Szereg koncesji na rzecz Syrii i Hamasu może zostać odebrany jako zbyt duże ustępstwo. Koalicyjny gabinet Netanjahu jest zbyt podzielony by premier mógł forsować ryzykowną politykę. Dotychczasowe komentarze premiera to raczej powściągliwa reakcja. Zgodnie ze stanowiskiem rządu, Izrael: ‘jest zainteresowany rozwojem stosunków Syryjsko – Izraelskich’ , Netanjahu dodatkowo oświadczył, że jego gabinet ‘nie będzie dążył do eskalacji’.[25] Jak do tej pory ze strony Izraela nie padły więc żadne konkretne zobowiązania.

Podczas, gdy wątek palestyńskiego ekstremizmu staje się, z punktu widzenia Izraela, centralnym zagadnieniem negocjacyjnym, Asad stara się oddzielić temat rokowań z Izraelem od zagadnienia współpracy z Hamasem. Jak stwierdził syryjski prezydent: ‘jeśli oni (Izrael i USA) chcą rozwiązać problem Hamasu, muszą negocjować z Palestyńczykami (…) rozmowy Syryjsko – Izraelskie to negocjacje pomiędzy Syrią a Izraelem’. [26] Wypowiedzi prezydenta Asada to próba występowania z silniejszej pozycji. Prezydent chce porozumienia, ale jednocześnie nie chce przyznać się do odpowiedzialności za skomplikowane palestyńskie realia. Stanowisko Asada jest tym samym pozbawione konsekwencji. Z jednej strony prezydent naciska na Izrael, w kwestii odblokowania Gazy, z drugiej strony jednak stara się zdystansować od problemu współpracy z Hamasem. Jak widać relacje Izraelsko – Syryjskie są zbyt skomplikowane by przywódcy obu państw mogli zdobyć się na zobowiązujące negocjacje.

Droga do pokoju wiedzie przez Strefę Gazy.

W tym miejscu warto wiec podkreślić – mimo szeregu konotacji o wymiarze międzynarodowym - problem palestyński wymaga uczestnictwa samych Palestyńczyków. Jakiekolwiek zabiegi negocjacyjne pozbawione palestyńskiej partycypacji są z góry skazane na porażkę. Póki co amerykańska mediacja widzi problem Palestynki jako element szerszej gry politycznej – jako detal ambitnego planu reorganizacji bliskowschodniej polityki. Zagadnienie niepodległej Palestyny zostało wplątane w skomplikowane wielobiegunowe realia polityczne. Trudna współpraca Izraela z podzieloną wewnętrznie Ligą Arabską czy ewentualność porozumienia z Syrią są zbyt skomplikowanymi procesami by mogły stanowić wstęp do negocjacji palestyńskiej niepodległości. Międzynarodowa mediacja musi zostać skorelowana z bezpośrednimi rokowaniami Palestyńsko – Izraelskimi czy wręcz z rokowaniami pomiędzy Izraelem a Hamasem.

Tym samym należy jasno podkreślić – mimo szeregu amerykańskich zabiegów dyplomatycznych normalizacja nie będzie możliwa bez zniesienia Izraelskiej okupacji, odblokowania Strefy Gazy oraz wycofania osadnictwa. Jak do tej pory prezydent Obama stara się skorelować kwestię palestyńską z szerszym wymiarem regionalnym. Nie należy się jednak spodziewać by wielostronna dyplomacja stała się wystarczającym narzędziem przezwyciężenia kryzysu. Amerykański sukces na polu palestyńskim musi zostać oparty o Izraelskie ustępstwa i bezwarunkową deklarację na rzecz palestyńskiej niepodległości.

Hamas to nieodzowny element palestyńskiego życia politycznego a co ważniejsze - reprezentant ogromnej części Palestyńskiej ludności. Jakiekolwiek rozmowy palestyńsko – izraelskie bez uczestnictwa Hamasu będą więc bezproduktywne. Problem blokady Gazy i uczestnictwa Hamasu powróci a Izrael musi być przygotowany skuteczną politykę względem organizacji.

Pomimo oficjalnej propagandy zniszczenia Izraela, Hamas jest ruchem, który ewoluuje i zmienia swą taktykę w zależności od realiów politycznych. Radykalizm Hamasu to nie deklaracja bezmyślnej przemocy, a raczej konsekwencja okupacji. Przywódcy organizacji znają siłę ekstremizmu, który doskonale trafia do okupowanej palestyńskiej ‘ulicy’. Organizacja zdaje sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej pozycji. Konflikt wciąż gwarantuje Hamasowi zaplecze społeczne i podłoże ideologiczne.

Radykalizm pozostanie nośnym hasłem dopóty, dopóki realia izraelskiej okupacji będą jego pożywką. Prawdopodobne jest, że Izraelskie ustępstwa na rzecz niepodległości zmuszą Hamas do zmiany retoryki. Hamas to przede wszystkim organizacja polityczna, której celem jest władza. Jeśli normalizacja ma oznaczać swobodę w wolnej grze politycznej radykalizm przestanie być użyteczną propagandą.

Hamas zdaje sobie sprawę, że negocjacje z Izraelem są nieuniknione. Jedyną alternatywą dla negocjacji jest konflikt, który uniemożliwi swobodną polityczną konkurencję. Hamas zaś dąży do wolnej gry politycznej, w której mógłby wykorzystać poparcie palestyńskiej ulicy. Zgodnie z najnowszymi badaniami opinii publicznej poparcie dla Hamasu wzrosło o 28,6% w skali roku. Co więcej najbardziej znaczący wzrost poparcia dotyczy Zachodniego Brzegu Jordanu, gdzie liczba zwolenników Hamasu podwoiła się w przeciągu trzech miesięcy.[27] Politycy Hamasu są świadomi swych wpływów, które pozostają jednak teoretyczne tak długo, jak długo trwa polityczny impas. Jeśli organizacja pozostanie odizolowana szanse na wykorzystanie palestyńskiego kredytu zaufania będą minimalne.

Dzisiejsze stanowisko Hamasu to przede wszystkim reakcja na zmianę układu sił politycznych w Izraelu. Sztywne stanowisko Izraela jest Hamasowi na rękę. Przywódcy Hamasu starają się wykorzystać Izraelski radykalizm jako spoiwo palestyńskiej jedności. Jeśli wezwanie do zjednoczenia zaowocowałoby powołaniem palestyńskiego rządu jedności narodowej, Hamas mógłby swobodnie konkurować o palestyńskie poparcie, które jest niezmiernie ważne w obliczu mających się odbyć za rok wyborów. Tym samym radykalne hasła Hamasu są głównie propagandą na rzecz przyciągnięcia niezadowolonych Palestyńczyków, jak i silną kartą przetargową w obliczu mediacji z Fatahem.

Radykalizm Hamasu jest więc narzędziem nie celem samym w sobie. Cel organizacji – władza – jest możliwy do osiągnięcia jedynie w przypadku odblokowania procesu pokojowego. Pomimo oficjalnego języka propagandy polityczne przywództwo Hamasu używa też języka dyplomacji. Znamienny w tym kontekście jest wywiad, którego udzielił polityczny przywódca Hamasu Khaled Mashal na łamach włoskiej La Repubblica. Mashal stwierdził między innymi: ‘legalizacja i polityczne otwarcie jest kwestią czasu (..) Przezwyciężenie kryzysu palestyńskiego wymaga wolnej gry politycznej, w której Hamas wygra (..) pokój bez uczestnictwa Hamasu jest niemożliwy.[28]

Warto pamiętać, że Hamas to nie tylko zbrojna bojówka. To przede wszystkim głęboko zakorzeniony w lokalnych strukturach ruch społeczny. Hamas jest organizacją polityczną posiadającą rozległe wpływy, rozbudowaną (choć nadwyrężoną przez Izrael) strukturę, afiliowane meczety, organizacje religijne; szkoły i uniwersytety oraz stowarzyszenia dobroczynne. Organizacja jest zdolna nie tylko do aktywności zbrojnej, lecz także do skutecznej konkurencji politycznej. Poza tym współpraca z Hamasem to doskonały sprawdzian intencji ruchu. Palestyńska niepodległość oznacza demokratyzację, która będzie wymagać poszanowania wolnej gry politycznej, pluralizmu oraz przestrzegania reguł praworządności

Dotychczasowa polityka Izraela względem Hamasu to nieprzerwane pasmo porażek. Główne założenie izraelskiej strategii - próba zniszczenia organizacji nie powiodło się. Porażka Izraela to konsekwencja sprzecznej wewnętrznie, krótkowzrocznej polityki. Jednym z głównych elementów strategii nacisku na Hamas miała być kooperacja z konkurencyjnym Fatahem. W wyniku współpracy Izrael-Fatah obie strony zgodziły się reaktywować proces pokojowy podpisując w Annapolis (USA) obustronne zobowiązania. Konferencja z Annapolis okazała się jednak gwoździem do trumny porozumienia. Rozmowy połączone z rozbudową osiedli izraelskich stały się groteską. Pozycja Abassa jako negocjatora uległa erozji. Hamas z kolei, mógł grać kartą nieprzejednanego rzecznika sprawy palestyńskiej, oskarżając Abbasa o serwilizm. Kiedy okazało się, że Izrael nie jest w stanie skutecznie przeciwstawić się Hamasowi, Premier Olmert zdecydował się na zawieszenie broni. Premier miał nadzieję zneutralizować Hamas, jednocześnie jednak Izrael nie zamierzał wypełnić oczekiwań względem odblokowania Gazy.

Taktyka Izraela stała się wodą na młyn dla radykałów. Hamas znalazł się w trudnej sytuacji, nie chcąc podzielić losu Abbasa, który zdyskredytował się jako Izraelski współpracownik. Organizacja musiała zerwać porozumienie. Reakcja Izraela była jednoznaczna – wojskowa interwencja. Sześciomiesięczne zawieszenie broni stało się preludium do krwawego konfliktu.

Interwencja Izraela miała być ostateczną metodą na zniszczenie Hamasu. Minister Barak bez ogródek mówił ‘o wojnie do ostatniej kropli krwi’. Krew przelali mieszkańcy Gazy. Podczas gdy konflikt okazał się porażką Izraela, Hamas wyszedł z konfrontacji obronną ręka. Prezydent Abbas po raz kolejny ośmieszył się jako izraelski partner, a rządząca w Izraelu Kadima przegrała wybory.

Netanjahu nie może sobie pozwolić na błędy swojego poprzednika. Premier musi się liczyć z tym, że Hamas istnieje i ma się dobrze. Skuteczna polityka względem Hamasu wymaga nie tylko kija, ale i marchewki. Premier nie ma innego wyjścia jak szukać porozumienia.

Jedyną skuteczną metodą na neutralizacje palestyńskiego ekstremizmu są Izraelskie koncesje. Dzisiejsze milczenie w sprawie niepodległości to milczenie konformisty. Netanjahu się boi, gdyż ma zbyt dużo do stracenia. Jeśli premier nie zdobędzie się na postawę męża stanu, impas znajdzie rozwiązanie w postaci konfliktu.

Długie lata polityki odwlekania koncesji względem Palestyny udowodniły, że jedyną alternatywą dla ustępstw jest wojna.
Izrael musi być gotowy na ustępstwa i trudne negocjacje. Zdrowa niczym nie skrępowana transformacja Palestyny jest bowiem jedyną gwarancją bezpieczeństwa Izraela. Jednocześnie pełna transformacja Palestyny wymaga uczestnictwa kompletnego spektrum politycznego w tym partycypacji HaHa Hamasu.

Obecność Hamasu jest niezmiernie istotną zmianą palestyńskich realiów politycznych. Inicjatywa Hamasu zakończyła bowiem trwający czterdzieści lat monopol władzy OWP. Świecki nacjonalizm OWP stracił uprzywilejowaną pozycję na rzecz Islamizmu, którego Hamas jest najważniejszym przedstawicielem. Polityczny Islamizm Hamasu znajduje dodatkowo poparcie poza granicami Izraela. Inicjatywa ruchu doskonale trafia do emocji Egipskiej i Jordańskiej ulicy. Zagrożenie ze strony Hamasu jest więc nie tyle problemem sporadycznego ostrzału południowych peryferiów Izraela, co raczej problemem radykalizacji nastrojów w krajach ościennych, które tradycyjnie prowadzą przychylną Izraelowi politykę. Zwrot Egiptu czy Jordanii w kierunku Islamizmu byłby znacznie poważniejszym problemem bezpieczeństwa niż palestyński radykalizm. Izrael winien więc uczynić wszystko celem instytucjonalizacji i transformacji Hamasu funkcjonującego w ramach niepodległej Palestyny.

Zarówno z punktu widzenia USA jak i Izraela dalszy bojkot Hamasu nie ma strategicznego sensu. Problem Hamasu to problem jego dalszej radykalizacji, która nastąpiłby w wyniku kontynuacji polityki wykluczenia organizacji i jego elektoratu.


Michał Ziemowit Buśko
tekst obublikowany 30 czerwca 2009 na łamach www. psz.pl


[1] Koalicyjny gabinet Netanjahu został zaprzysiężony 31 marca 2009 roku.
[2] 27 miejsc Likudu w 120 Knesecie to za mało by prowadzić wolną od politycznych ustępstw politykę. Netanjahu zmuszony został do współpracy w ramach szerokiej koalicji. Chcąc zadowolić koalicjantów premier rozbudował rządowa biurokrację, która aktualnie obejmuje 27 ministerstw. Ustępstwa są potencjalnym zarzewiem koalicyjnego konfliktu. Szereg kluczowych stanowisk ministerialnych został przydzielony politykom Partii Pracy: Ministerstwo Obrony – Ehud Barak, Ministerstwo Pracy i Handlu - Benjamin Ben-Eliezer, Ministerstwo Rolnictwa - Shalom Simhon, Ministerstwo Spraw Socjalnych - Isaac Herzog. Spór pomiędzy niezadowoloną częścią Likudu a Szefem Rady ministrów jest praktycznie nieunikniony. Najbardziej relewantne rozstrzygnięcia dotyczą urzędu Ministerstwa Spraw Zagranicznych któremu przewodniczy minister Avigdor Liebermann (Yisrael Beitenu). Nacjonalistyczna agenda Yisrael Beitenu jest główną przeszkodą na drodze negocjacji Palestyńsko – Izraelskich

[3] Pierwsza kadencja Netanjahu stała się synonimem terytorialnej ekspansji. Jesienią 1996 premier zalegalizował istniejące osiedla oraz poparł plany budowy nowej infrastruktury osadniczej, która objęła konstrukcję tysięcy nowych jednostek mieszkaniowych, fortyfikację 33 bloków osadniczych oraz budowę 13 autostrad wyłączonych spod palestyńskiego ruchu towarowego i osobowego. Pierwsza kadencja Netanjahu to także inicjatywa zmierzająca w kierunku osłabienia Hamasu. Najbardziej znaczącym wydarzeniem była próba zabójstwa (likwidacji) politycznego przywódcy Hamasu Khalida Meshala w Ammanie w wrześniu 1997 roku.

[4] http://www.maannewsagency.net/ 02/04/2009
[5] http://www.maannewsagency.net/ 06/05/2009
[6] http://www.maannewsagency.net/ 02/04/2009

[7] Izraelskie obostrzenia zostały wyartykułowane przez premiera Netanjahu 13 maja podczas przemówienia wygłoszonego na Izraelskim uniwersytecie Bar Ilan. Wystąpienie premiera było odpowiedzią na amerykański nacisk wznowienia procesu pokojowego i odnowienia negocjacji w oparciu o postanowienia Mapy Drogowej. http://www.maannewsagency.net/ 14/06/2009

[8] Izraelska polityka judaizacji Jerozolimy polega głownie na systematycznym wyburzaniu palestyńskich domostw. Tylko bierzącego roku Izrael dokonał wyburzenia około 1200 palestyńskich domostw. http://www.maannewsagency/. 30/05/2009
Jak ostrzega Palestyński Zarządca Jerozolimy z Ramienia Palestyńskiej Władzy Narodowej planowana destrukcja 100 palestyńskich domostw pozostawi kolejny 1000 Palestyńczyków bez dachu nad głową. Równie niebezpieczną polityką jest budowa nowych osiedli na terenie Wschodniej Jerozolimy. Zgodnie z szacunkami Izraelskiej organizacji ‘Peace Now’ Izraelskie Ministerstwo Mieszkalnictwa planuje konstrukcję kolejnych 73 000 jednostek mieszkaniowych. Osadnicza polityka Izraela może stać się zapalnikiem kolejnej Jerozolimskiej intifady. http://www.maannwsagency/. 22/03/2009

[9] http://www.maannewsagency.net/ 02/04/2009
[10] http://www.maannewsagency.net/ 15/06/2009
[11] http://www.maannewsagency.net/ 02/04/2009
[12] Pro-palestyńska, oznaczająca wsparcie dla idei powołania suwerennego państwa palestyńskiego.
[13] http://www.hareetz.com/ 04/03/2009
[14] http://www.maannewsagency.net/ 03/03/2009
[15] http://www.hareetz.com/ 30/03/2009
[16] http://www.bitterlemons-international.org/ 19/03/2009
[17] Rezolucja określa przebieg granicy zgodnie liną demarkacyjną zawieszenia zawartego broni po pierwszej wojnie Izraelsko – Arabskiej (1947-49). Izrael miałby więc wycofać swoją okupację z terytoriów Zachodniego Brzegu Jordanu, Strefy Gazy oraz Wzgórz Golan.

[18] http://www.maannewsagency.net/ 03/04
[19] Ibidem 05/04
[20] Sojusz Irańsko – Syryjski to głównie wsparcie Damaszku dla szyickiego Hezbollahu, postrzeganego jako agent mocarstwowej polityki Teheranu w Libanie.
[21] http://www.bitterlemons-international.org/ 19/03/2009
[22] http://www.hareetz.com/ 30/03/2009
[23] Ibidem
[24] Współpraca z Damaszkiem jest z punktu widzenia Tel-Avivu istotnym elementem koncepcji bezpieczeństwa nie tylko ze względu na neutralizację palestyńskich bojówek ( w tym Hamasu); to także witalny składnik inicjatywy skierowanej w wspierany przez Syrię Hezbollah oraz element nacisku na Iran – który pozostaje największym zagrożeniem izraelskiego bezpieczeństwa.
[25] http://www.hareetz.com/ 30/03/2009
[26] Ibidem
[27] http://www.maannewsagency.net/ 05/02/2009
[28] ibidem 22/03/2009

Trudne wybory, konieczne ryzyko. Dylematy bliskowschodniej polityki Baraka Obamy. 22/02/2009

Obejmując urząd prezydenta (20.012009) Barak Obama po raz pierwszy w historii określił USA jako kraj ‘Chrześcijan, Muzułmanów i Żydów’. Oczekiwania wszystkich są ogromne… Świat islamu ma nadzieję, że Barak Husein Obama przemawia językiem porozumienia a jego słowa to więcej niż kurtuazja. Przed prezydentem stoi trudne zadanie dyplomacji, która nie może zmarnować muzułmańskiego kredytu zaufania. Jednocześnie jednak administracja amerykańska musi wypracować mechanizmy współpracy, które pozwolą na dominację w regionie. Ugruntowanie amerykańskiej supremacji nie będzie możliwe bez kooperacji z lokalnymi społecznościami, władzami i grupami nacisku. Zadanie niełatwe, gdyż każda pomyłka może oznaczać pogłębienie kryzysu. Bliskowschodnia polityka Obamy może więc stać się syzyfowym – ogromnym a zarazem daremnym wysiłkiem.
Irak
Mimo względnej stabilizacji sytuacja w Iraku wciąż jest niepewna a zapowiadana data wycofania wojska (do końca 2010r.) może okazać się mrzonką. Polityka USA w Iraku ma być w założeniu rozsądną strategią, mającą zagwarantować silną, trwałą pozycję. Dlatego data wycofania zależy nie tyle od deklaracji, ile raczej od sukcesów w procesie stabilizacji Iraku.

Transformacja nie jest możliwa bez konsekwentnej współpracy z Irakijczykami. Tradycyjna neokolonialna strategia 'divide et impera' może okazać się niewystarczająca. Wyzwanie Obamy polegać będzie na skutecznej polityce mediacji pomiędzy różnorodnymi siłami politycznymi Iraku. Prezydent musi być mediatorem świadomym suwerenności Irakijczyków. Tylko niezawisły i stabilny Irak jest gwarantem wpływów USA w regionie.

Przed Obamą stoi trudne zadanie pogodzenia sprzecznych oczekiwań. Podczas gdy amerykanie chcą zakończenia Irackiej ‘awantury’ prezydent musi przede wszystkim zabezpieczyć wpływy regionalne do czego obecność militarna jest konieczna.
[2] Z punktu widzenia administracji amerykańskiej zasadność interwencji USA jest wciąż adekwatna - Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na wycofanie z kraju, który wciąż jest pogrążony w wojnie podsycanej przez al-Qaidę. Stabilizacja Iraku nie jest możliwa bez zaangażowania militarnego. Amerykańskie wojska wciąż będą obecne.
Partnerska współpraca amerykańsko-iracka to wciąż pobożne życzenie. Administracji USA jest bardzo trudno pogodzić obecność militarną z próbą zdobycia zaufania. Aby uzyskać poparcie Obama będzie musiał przekonać Irakijczyków o zasadności interwencji. Nie będzie to łatwe zadanie - podczas gdy amerykanie przekonują, że ich inicjatywa ma pomóc w stabilizacji kraju, radykalne ugrupowania Irackie uzasadniają swoje ataki obecnością wojsk USA. Przeciętni Irakijczycy natomiast nadzieję, że wycofanie wojsk przekona radykałów do zaniechania przemocy.
Iracka polityka Obamy jest zdeterminowana końcówką kadencji Busha, który doprowadził do zawartego w listopadzie 2008 układu Iracko -Amerykańskiego. Porozumienie ma głównie wartość propagandową gdyż wychodzi naprzeciw oczekiwaniom amerykanów i muzułmanów którzy oczekują wycofania jak i praktyczną gdyż może służyć jako legitymacja wojskowej obecności. Układ gwarantuje wycofanie wojsk amerykańskich do roku 2010, poddaje działalność wojsk USA nadzorowi Irackiemu, zobowiązuje USA do wycofania wojska z większych miast irackich do czerwca br., zabrania autorytatywnej egzekucji amerykańskich sądów wojskowych oraz zakazuje wykorzystywania terytorium Iraku dla działań militarnych skierowanych w kraje sąsiadujące.
Uzgodniona data wycofania wojsk może okazać się nierealna za sprawą skomplikowanych relacji wewnętrznych. Głównym zainteresowanym porozumienia ze strony Irackiej jest premier Nouri al-Maliki, którego koalicyjny gabinet potrzebował ustaleń celem wzmocnienia pozycji w obliczu zbliżających się wyborów. Jednocześnie jednak, premier zdaje sobie sprawę, że obecność wojsk amerykańskich jest wciąż konieczna jako gwarancja stabilności kraju. Podczas gdy jeden z artykułów porozumienia pozwala na przedłużenie amerykańskiej obecności za zgodną obydwu gabinetów (irackiego i amerykańskiego) brak jest zapisu o ewentualnej zgodzie parlamentu.
[3] Tym samym koalicja Malikiego będzie mogła wykorzystać układ jako narzędzie utrzymania obecności wojsk USA. Już w czasie negocjowania układu rzecznik irackiego rządu przyznał, że; ‘ irackie służby bezpieczeństwa będą potrzebowały 10 lat by zastąpić wojska amerykańskie’.[4]

Dotychczasowi przeciwnicy obecności USA zdają się zajmować równie ambiwalentne stanowisko. Wśród sunnickiej społeczności Iraku sama obecność militarna jest co prawda postrzegana jako pogwałcenia suwerenności, jednak ciągłość amerykańskiej interwencji gwarantuje sunnitom utrzymanie swych wpływów. Wielu sunnitów wciąż nie dopuszcza myśli o podziale władzy z szyicką większością kraju. Amerykanie, którzy obawiając się wpływów Iranu są sceptyczni wobec szyickiej inicjatywy są wiec doraźnie sunnitom potrzebni.
Tymczasem pozostający na wygnaniu przywódca szyickiego rebelianckiego ruchu Sadystów Muqtada as-Sadr zapowiedział zerwanie uzgodnionego w zeszłym roku zawieszenia broni jeśli amerykanie nie podejmą decyzji o natychmiastowym wycofaniu. Wewnątrz-irackie tarcia nie sprzyjają konsekwentnej i nieobciążonej ryzykiem polityce. Kolejne dwa lata obecności będą trudnym testem na skuteczność amerykańskiej dyplomacji. Obama będzie musiał odpowiedzieć na oczekiwania zróżnicowanych sił politycznych Iraku. Skuteczność amerykańskiej strategii będzie zależeć od umiejętności podejmowania ryzykownej współpracy. Każde ryzyko może natomiast oznaczać eskalację przemocy i destabilizację kraju.
Doraźna taktyka Obamy może polegać na utrzymaniu stabilizacji celem zapewnienia Malikiemu wyborczego zwycięstwa. Jednakże stabilizacja nie będzie natomiast możliwa bez współpracy ze wszystkimi silami politycznymi Iraku - w tym z bojówkami szyickimi. Porozumienie z Szyitami wymaga z kolei skutecznej polityki nie tylko w Iraku. Celem zapewnienia stabilności kraju Obama będzie musiał szukać porozumienia z popierającym irackich szyitów Iranem.


Iran


Iran może stać się kluczem do stabilizacji amerykańskich wpływów w regionie. Dlatego już podczas kampanii wyborczej Barak Obama zapowiedział „bezpośrednie i bezwarunkowe negocjacje”. [5] Jednak mimo ocieplenia normalizacja stosunków Irańsko - Amerykańskich byłaby przełomem, którego nie należy się spodziewać zbyt szybko. Porozumienie oznaczało by gruntowne przewartościowanie dotychczasowej strategii. Mimo że, Barak Obama nie może sobie pozwolić na zbyt ryzykowną politykę to relacje z Iranem wymagają pilnej, bardziej adekwatnej strategii. Barak Obama musi zadecydować do jakiego stopnia przewartościować trudne relacje.

Podczas gdy głównym postulatem Irańskim jest wycofanie wojsk USA z Iraku oraz zniesienie sankcji ekonomicznych, Amerykanie naciskają na Iran by ten zaniechał rozwoju programu nuklearnego. Dotychczasowa polityka nacisku nie przyniosła rezultatu. Mimo, że sankcje pogłębiły ekonomiczną zapaść a tym samym wywołały społeczne niezadowolenie, reżim Teheranu jest daleki od upadku. Konfrontacyjna polityka USA stała się jedynie pożywką dla propagandy jak i przyczyną radykalizacji nastrojów Irańskiego społeczeństwa. Międzynarodowy nacisk jest osłabiony stanowiskiem Rosji i Chin które mimo sankcji utrzymują kontakty handlowe z Iranem. Barak Obama musi się spieszyć, kryzys amerykańskiej strategii regionalnej wymusza politykę, która ma szybko przynieść pożądany rezultat - ugruntowanie wpływów USA. Krucha stabilizacja Iraku i Afgański chaos wymagają nowej, skutecznej polityki. Barak Obama musi uczynić wszystko by Iran stał się stabilizatorem, czy nawet współpracownikiem USA w regionie. Rzecz jasna w takim przypadku ani sankcje ani wojskowa obecność w Iraku nie mogą być dłużej adekwatne. Prezydent Obama stoi więc wobec dramatycznego wyboru pomiędzy nieskuteczną strategią nacisku a ryzykowną polityką współpracy. Wzmocnienie Iranu jest wysoką ceną normalizacji. Zniesienie sankcji pomogłoby Ajatollahom utrzymać się u władzy na długie lata. Współpraca z USA stałaby się synonimem wpływów w świecie muzułmańskim a Iran mógłby poważnie aspirować do roli regionalnego quasi-mocarstwa.

Nawet jeśli polityka współpracy jest melodią przyszłości Barak Obama musi już teraz odpowiedzieć sobie na pytanie do jakiego stopnia ciągłość władzy teokratycznego reżimu stanowi zagrożenie interesów USA. Najważniejsze by władza w Teheranie nie była zdolna do destabilizacji Doraźnym celem Obamy musi być zneutralizowanie zagrożenia proliferacji broni atomowej.
[6] W obliczu porażki dotychczasowej polityki rozwiązaniem może być taka współpraca, która będzie na tyle przekonywująca i owocna, by skłonić Iran do porzucenia zbrojeń.

Problemem pozostaje szczerość Irańskich intencji a pytanie czy Iran w ogóle chce porozumienia nasuwa się samo. Póki co Teheran wysyła sprzeczne sygnały. Wyrazem pojednawczego stanowiska był list Mahmuda Ahmadinedżada, w którym to prezydent pogratulował Obamie zwycięstwa wyborczego i wyraził nadzieję na zmianę amerykańskiej polityki regionalnej.
[7] Jednocześnie jednak w przededniu wyborów afiliowana przy Ajatollahu Chamenei gazeta ‘Kayhan’ dała jasno do zrozumienia: ‘ Nie ważne kto wygra wybory jutro, Ameryka pozostanie wrogiem a nasze relacje będą wciąż zablokowane’. [8]

Teheran wciąż jednoznacznie określa amerykańską politykę jako neokolonialny plan zniszczenia Islamu. Nawet duże ustępstwa mogą okazać się niewystarczające by zasypać kopane przez lata okopy wzajemnej niechęci. Warto jednak pamiętać, że propaganda Teheranu jest raczej zabiegiem socjotechniki nie założeniem systemowym. Irańska teokracja stoi w obliczu kryzysu, przywództwo traci poparcie a ekonomiczna zapaść pogłębia niezadowolenie. Teheran tradycyjnie używa antyamerykańskiej retoryki celem legitymowania swej władzy. Co więcej stanowisko Iranu to dość oczywista reakcja obronna. W okresie prezydentury Busha Iran stał się czołowym państwem osi zła, a w Waszyngtonie nie brakowało spekulacji na temat interwencji. Amerykańska obecność w regionie stała się synonimem bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa. Rozwój programu zbrojeniowego jest w Iranie rozumiany jako logiczne następstwo Amerykańskiej inicjatywy. Reżim Teheranu wie, że bomba atomowa to wystarczający straszak przeciw interwencji USA. Abstrahując jednak od zagadnień czysto militarnych należy stwierdzić, że zagrożona zewnętrznie i słaba wewnętrznie dyktatura potrzebuje nuklearnej propagandy, gdyż podobnie jak w przypadku antyamerykańskiej retoryki spełnia ona rolę opium dla mas. Możliwe, że jeśli reżim Irański wzmocni się bez rozwoju programu nuklearnego energia atomowa przestanie być nośnym hasłem.

Pomimo tradycyjnej propagandy Irańska dyplomacja jest gotowa na negocjacje. Oficjalne stanowisko Iranu zaprezentował Minister Spraw Zagranicznych Manouchehr Mottaki, który to w dniu poprzedzającym zaprzysiężenie Obamy oświadczył: ‘Wierzymy w zmianę polityki USA. Jeśli Barak Obama wybierze drogę pokoju i zrezygnuje z polityki hegemonii i agresji będziemy gotowi (Irańczycy) na współpracę.’
[9] Mimo, że słowa premiera to jedynie ogólnikowy język dyplomacji, warto pamiętać, że jeszcze nigdy w historii trudnych relacji USA z Islamską Republiką Iranu nie zdarzyło się by Teheran opowiadał się tak jednoznacznie na rzecz ocieplenia.

Administracja amerykańska musi stworzyć nowe warunki negocjacyjne. Ekipa Obamy może wysyłać pojednawcze sygnały, czekając na reakcję Teheranu. Najprawdopodobniej Obama odnowi multilateralną politykę i powróci do wielostronnych negocjacji angażując Niemcy, Wielką Brytanię, Francję, Chiny oraz Rosję. Nie należy się jednak spodziewać, by skomplikowana wielostronna dyplomacja przyniosła wymierne rezultaty. Rosja i Chiny konsekwentnie sprzeciwiają się zaostrzeniu sankcji. Embargo jedynie ze strony USA i UE jest za słabym narzędziem nacisku na władze w Teheranie. Alternatywą dla skomplikowanej współpracy mogą być niebezpośrednie i tajne kontakty z Ajatollahem Chamenei. Chamenei jako zwierzchnik sił zbrojnych posiada decyzyjny głos w sprawie rozwoju programu nuklearnego jak i w kwestiach polityki zagranicznej w ogóle. Rozpoczęcie rozmów nie będzie prostym zadaniem.

Chamenei będzie unikał dialogu z USA dopóty, dopóki nie uzna negocjacji za konieczne dla przetrwania teokratycznego reżimu. Ajatollah tradycyjnie przedstawia Amerykanów jako odpowiedzialnych za napięcia we wzajemnych relacjach. Przez ostatnie dziesięciolecie główną zasadą Irańskiej polityki była koncepcja: ani wojna, ani pokój. Obama musi jasno dać do zrozumienia, że strategia ta nie ma dłużej racji bytu i postawić ajatollaha przed wyborem – wojna albo pokój. Chamenei będzie zmuszony wybrać pokój. Kryzys ekonomiczny, sankcje, realia amerykańskiej obecności w Iraku i Afganistanie oraz międzynarodowa presja powinny przekonać Teheran, że impas nie ma sensu. Droga do porozumienia z Iranem morze być długa i ryzykowna dlatego doraźne zadanie Obamy to wzmocnienie amerykańskiej pozycji negocjacyjnej. Mądrym posunięciem byłoby pozyskanie Syrii – kluczowego sojusznika Iranu w regionie. Wyrwanie Syrii z orbity irańskich wpływów osłabiło by pozycję Teheranu a jednocześnie ugruntowało amerykańskie stanowisko negocjacyjne. Ewentualna współpraca z Syrią będzie jednak miała swoją cenę. Obama musi wesprzeć Syryjsko – Izraelską inicjatywę pokojową oraz aktywnie zaangażować się w idee rozmów Izraelsko - Palestyńskich, jako że Syryjczycy będą domagać się finalizacji procesu pokojowego obejmującego utworzenie niepodległej Palestyny.

Syria, Palestyna, Izrael

Prezydent Syrii, Baszir Asad stawia sprawę negocjacji z Izraelem jasno. Porozumienie nie jest możliwe bez Izraelskiego wycofania z terytoriów okupowanych. Tym samym podstawą dla negocjacji ma być Izraelska zgoda na opuszczenie Wzgórz Golan, Strefy Gazy oraz Zachodniego Brzegu Jordanu.

O ile samo opuszczenie Wzgórz Golan jest scenariuszem prawdopodobnym, raczej trudno sobie wyobrazić by Izrael zgodził się na niepodległą Palestynę. Mimo, że koalicja Izraelska zapowiada kontynuację negocjacji, nie należy się spodziewać rozwiązania wciąż aktualnych problemów. Izraelskie ustępstwa muszą bowiem oznaczać wycofanie osadnictwa, zgodę na Palestyńską stolicę w Jerozolimie, uwolnienie więźniów oraz zgodę na powrót uchodźców do Izraela jak i zwrot palestyńskiej własności.

Trudne negocjacje komplikuje wewnętrzny konflikt Fatahu z Hamasem, który osłabia palestyńskie stanowisko, umożliwiając usztywnienie polityki Izraelskiej. Brak Izraelskich ustępstw dodatkowo radykalizuje nastroje. W obliczu niedawnej tragicznej w skutkach wojny w Strefie Gazy, ewentualne porozumienie będzie prawie niemożliwe. Przyszłość negocjacji zależy od konsekwencji izraelskich wyborów parlamentarnych (10.02.2009).Wtorkowe głosowanie przedłuży władzę istniejącej koalicji o następną kadencję.
[10] Tym samym można mieć nadzieję na kontynuację rozmów. gdyż Centrolewicowy blok pod wodzą Livini będzie stał na stanowisku negocjacyjnym. Reakcja Hamasu jest równie obiecująca. W oświadczeniu wydanym w przeddzień wyborów Hamas deklaruje: ‘Jeśli wybory okażą się zwycięstwem Likudu – szanse na porozumienie będą zerowe. Jeśli wybory wygra aktualna koalicja porozumienie będzie możliwe’.[11]

Pomimo obiecujących deklaracji nie należy się spodziewać rozwiązania palących kwestii spornych. To ze izraelska kolacja chce rozmawiać nie znaczy wiele. Najważniejsze na co będzie przedmiotem ewentualnych negocjacji. Najważniejszą przeszkodą dla porozumienia Izraelski brak przekonania o zasadności niepodległego państwa Palestyńskiego. Izrael woli raczej politykę doraźną – strategię okupacji oraz taktykę rokowań bez koncesji.

Palestyńsko – Izraelski impas jest wynikiem skomplikowanego procesu, trudno więc o proste rozwiązania. Pomimo wszystko administracja Obamy musi podjąć się próby mediacji. Sztywne stanowisko Izraela jest efektem poczucia zagrożenia. Pokój z Syrią mógłby przekonać Izrael, że polityka ‘oblężonej twierdzy’ nie ma dłużej sensu. Wstępnym warunkiem dla porozumienia jest oczywiście kompromis w kwestii Wzgórz Golan. Jednakże reżim Asada ma nadzieję na więcej - zniesienie sankcji, które jest możliwe jedynie przy współpracy z Amerykanami. Mimo więc szeregu syryjskich postulatów wzywających do rozwiązania kwestii palestyńskiej może się okazać, że Damaszek będzie bardziej fleksybilny.

Udane rokowania Izraelsko – Palestyńskie nie mogą się odbyć bez zaangażowania krajów arabskich. Jeśli Barak Obama wykorzysta regionalną współpracę dla rozwiązania spornych kwestii, będzie mógł odegrać rolę akuszera procesu pokojowego. W praktyce oznacza to bezpośredni wpływ na politykę zagraniczną krajów arabskich, jak i na pobudzenie proamerykańskich nastrojów. Politycy arabscy przyjęli wybór Obamy z entuzjazmem; nowa administracja amerykańska musi wiec wykorzystać arabski kredyt zaufania.

Głównym postulatem krajów arabskich jest finalizacja palestyńsko – izraelskiego procesu pokojowego. W tym celu Amerykanie muszą powrócić do tzw. Inicjatywy Arabskiej - arabskiego planu pokojowego ogłoszonego w Bejrucie w 2002 roku. Inicjatywa Arabska zakłada współpracę Kwartetu Bliskowschodniego (USA, UE, Rosja i ONZ) Ligii Państw Arabskich (włączając Syrię) oraz Izraela celem finalizacji projektu niepodległej Palestyny. Plan pokojowy gwarantuje zniesienie bojkotu w zamian za wycofanie z terytoriów okupowanych.

Barak Obama będzie musiał wiec zastosować politykę nacisku na Izrael by ten uelastycznił swoje stanowisko i zgodził się na arabskie warunki. Jakiekolwiek ustępstwa Izraelskie będą uzależnione od gwarancji bezpieczeństwa. Barak Obama musi więc w pierwszym rzędzie doprowadzić do pokoju z Syrią, gdyż unormowanie relacji Syryjsko – Izraelskich oznaczać będzie bezpieczeństwo Izraela. Syria, chcąc skorzystać z atmosfery ocieplenia, musi bowiem zobowiązać się do wycofania swego poparcia dla Hamasu i Hezbollahu jak i zerwać współpracę z antyizraelskim reżimem Teheranu.

Trudne relacje Izraelsko-Syryjskie czy Izraelsko - Palestyńskie są dla Obamy ryzykiem ale także i szansą. Prezydent może wykorzystać pozycję USA celem odegrania roli akuszera procesu pokojowego. Jak się wydaje przedłużenie władzy aktualnej koalicji jest warunkiem koniecznym dla ewentualnych rokowań Syryjsko-Izraelskich. Wynik wtorkowych wyborów jest dla Obamy sygnałem, że pomimo radykalizacji nastrojów społeczeństwo izraelskie wciąż popiera idee negocjacji. Najważniejsze jednak by negocjacje nie były narzędziem legitymacji izraelskiej okupacji. gdyż bez izraelskich ustępstw porozumienie nie jest możliwe.

Afganistan

Afganistan pozostaje w chaosie. Osama bin Laden wciąż jest na wolności a jego międzynarodówka przejmuje inicjatywę. Utracone niegdyś terytoria na nowo stają się strefą wpływów al-Qaidy. Podczas gdy władza prezydenta Hamida Karzai jest fikcją, ofensywa Talibów wciąż zbiera krwawe żniwo. Obecność al-Qaidy w regionie jest faktem a osiem lat kosztownej wojny nie zbliżyły amerykanów do rozbicia organizacji Bin Ladena. Początkowe sukcesy koalicji w Afganistanie były efektem zwrotu al-Qaidy w kierunku Iraku. Kiedy w 2003 roku amerykanie przejęli Bagdad, Bin Laden ogłosił Irak głównym frontem walk swojej międzynarodówki. Aktualnie al-Qaida znów za priorytet swojej działalności obiera destabilizacje Afganistanu. Sytuacja wraca więc do punkty wyjścia.

Wsparcia al-Qaidzie udzielają nie tylko Talibowie, lecz także pasztuńskie plemiona zajmujące terytorium przy granicy z Pakistanem. Pogarszającą się sytuacja zagraża tym samym kruchej stabilności Pakistanu. Konflikt afgański może łatwo stać się wstępem do destabilizacji całego regionu. Najgorszym scenariuszem byłaby obecność al–Qaidy w Pakistanie i wciągnięcie Amerykanów w kolejną wojnę. Destabilizacja Pakistanu byłaby dla al–Qaidy najkrótszą drogą do wejścia w posiadanie broni atomowej.

Barak Obama i jego ekipa zdaje sobie sprawę z zagorzenia. Już podczas kampanii wyborczej zapowiedziano przesuniecie 7.000 żołnierzy z Iraku do Afganistanu, którzy mają wzmocnić 32 tysięczną armię USA. Obama ma nadzieję, że w Afganistanie rozstrzygnie się najważniejszy od dziesięcioleci konflikt.

Głównym zadaniem amerykańskiego dowództwa będzie pozbawienie al-Qaidy możliwości oddziaływania swą propagandą. W tym celu amerykanie muszą przedstawić się nie jako agresorzy lecz jako obrońcy Afgańczyków. By osiągnąć założenia strategiczne, Amerykanie potrzebują współpracy. Zadaniem Generała Davida Petraeusa (głównodowodzący wojskami koalicyjnymi) będzie szukanie porozumienia: z lokalnym przywódcami plemiennymi i umiarkowanymi rebeliantami. Szeroka współpraca jest konieczna celem pozbawienia al-Qaidy wpływów jak i celem obrony ludności cywilnej przed atakami terrorystów.

Jednocześnie jedna amerykanie muszą uporać się z problemem granicy afgańsko-pakistańskiej. Kontrola militarna pogranicza jest problematyczna ze względu na ryzyko radykalizacji pasztuńskich plemion. Zadanie prawie niemożliwe – Amerykańskie ataki szybko mogą stać się woda na młyn dla propagandy al-Qaidy. Tym samym założenie lokalnej współpracy może szybko okazać się pobożnym życzeniem.
Amerykańska inicjatywa jest kłopotliwa dla Pakistanu – prezydent Asif Ali Zardari znajduje się w trudnej sytuacji. Niepewny swej pozycji nie może pozwolić na swobodną amerykańską interwencję na suwerennym terytorium swego kraju. Nastroje w Pakistanie nie sprzyjają proamerykańskiej polityce, a tradycyjny Pakistańsko-Amerykański sojusz może ulec zachwianiu.
Prawdopodobnym scenariuszem będzie cicha współpraca Islamabadu z Waszyngtonem – nieoficjalna zgoda na amerykańskie operacje przy jednoczesnej oficjalnej polityce potępienia amerykańskich nalotów. Amerykańskie operacje wojskowe muszą jednak być na tyle ograniczone by nie rozbudzić radykalnych nastrojów, które mogły by doprowadzić do obalenia władzy w Islamabadzie.
Kryzysowa polityka kroków doraźnych może łatwo wymknąć się spod kontroli. Podczas gdy strategia USA zakłada współprace z lokalnymi przywódcami, Amerykanie nie są w stanie spełnić jej logistycznych założeń. Wojna na pograniczu to głównie ataki lotnictwa, które współprace wykluczają. Ataki powietrzne to ryzyko dużej liczny ofiar cywilnych, co z kolei oznacza radykalizacje nastrojów. Dowództwo armii koalicyjnej nie będzie w stanie dotrzeć do plemiennych przywódców z powietrza! Kooperacja musi oznaczać zmianę strategii interwencji: zamiast ‘polować’ na terrorystów konieczna jest szersza interwencja lądowa – patrole, trening przyszłej Afgańskiej armii, bezpośrednie wsparcie ludności cywilnej. Skuteczna strategia wymaga więc interwencji lądowej setek tysięcy żołnierzy, współpracy afgańskiej armii, zaangażowania Pakistanu oraz poparcia międzynarodowych sojuszników.
Afgańska interwencja będzie dodatkowo zależeć od sukcesów w Iraku. Administracja Obamy musi być przygotowana na długą wojnę na dwa fronty, która jest niemożliwa bez międzynarodowego poparcia. Podczas swej kampanii wyborczej Obama podkreślał, że celem jego polityki zagranicznej będzie multilateralizm. Zapowiedzi spotkały się z międzynarodowym entuzjazmem (w szczególności w Europie). Jednakże współpraca ma konkretny wymiar - poparcie dla Amerykańskiej interwencji. Co najważniejsze nie chodzi bynajmniej o wsparcie moralne ale o znacznie więcej. Międzynarodowa euforia powyborcza może szybko stracić impet jeśli Obama zwróci się o żołnierzy, doradców, specjalistów, sprzęt i pieniądze.
Regionalna polityka Obamy wymaga militarnej obecności połączonej z cierpliwą dyplomacją. Mimo ogromnych oczekiwań nie należy się spodziewać pochopnej polityki lecz raczej długoterminowej strategii rozpisanej na… Dwie kadencje.


Michał Ziemowit Buśko

tekst opublikowany 22 lutego 2009 na łamach
www.netbird.pl
http://www.netbird.pl/widgets_area?app=73&app_id=695&app_type=article&article_id=4575&article_page=1&no_original_params=true&widget_id=222


Ps: Tekst jest próbą analizy regionalnej polityki USA. Głównym celem Obamy jest władza i regionalna supremacja. Komentarz nie jest więc usprawiedliwieniem dla inicjatywy USA. Mimo że, zasadność moralna amerykańskiej polityki regionalnej jest problemem niezmiernie ważnym to zaproponowany tekst unika ocen natury etycznej pozostawiając pole do swobodnej interpretacji.


[1] Opisywane problemy regionalne dotyczą krajów leżących na terytorium określanym anglojęzycznie jako ‘Greater Middle East’. Jest to termin z zakresu geografii politycznej obejmujący tradycyjny obszar bliskowschodni – historyczne terytoria: Lewantu, Mezopotamii, Anatolii, Arabii oraz Egiptu jak i terytoria dzisiejszego Iranu, Afganistanu, Państw Kaukaskich oraz Afryki Północnej. Tekst dotyczy najbardziej kluczowych zagadnień regionalnej polityki USA .[2] Wyborcy Obamy chcą opuścić Irak, przede wszystkim ze względu na koszta (ludzkie i finansowe.)[3] Greg Bruno, Inching towards the exit in Iraq, www. bitterlemons-international.org 18/12/2008[4] Ibidem[5] Rewelacje przedwyborcze zostały później skorygowane bardziej chłodnym stanowiskiem Obamy, który stwierdził, że zapowiadane rozmowy wykluczają prezydenta Iranu Ahmadinedżada jako partnera choć sama idea negocjacji jest wciąż aktualna. Sadeqh Zibakalam, Obama risking more deadlocks, www. bitterlemons-international.org 4/12/2008[6] Amerykańscy sojusznicy w regionie (Jordania, Egipt, Turcja i kraje zatokowe) zapowiedzieli chęć rozwijania militarnego programu nuklearnego. Poza sojusznikami USA zainteresowana bronią nuklearną jest Syria Nie należy zapominać o Izraelu który już broń taką posiada. Izrael jak i USA boją się przede wszystkim programów: irańskiego i syryjskiego; które mogłyby zaopatrzyć w broń Hezbollah a tym samym zagrozić egzystencji Izraela.[7] www.washingtoninstitute.org 12.12.2008[8] Ibidem[9] www.guardian.co uk. 21.01.2009[10] Koalicja Kadimy z Partią Pracy będzie dysponować 64 miejscami w 120 osobowym parlamencie.[11] www.maannews.net 11.02.2009

Gaza. Zbyt wysoka cena z negocjacje.19/01/2009

Ostatnie dni konfliktu w Strefie Gazy przyniosły ożywienie dyplomatyczne, którego wysiłkiem ma być zakończenie konfliktu. Na chwilę obecną jednak, każdy scenariusz jest prawdopodobny. 17 Stycznia Izraelski premier Ehud Olmert ogłosił jednostronne wstrzymanie ognia, (które weszło w życie dnia następnego). Jednocześnie jednak premier zapowiedział, że wojska wciąż pozostaną obecne. Stanowisko premiera spotkało się ze zdecydowaną reakcją Hamasu i Islamskiego Dżihadu. Wspólny dokument wydany przez obie organizacje oświadcza: 'My Palestyńskie frakcje ruchu oporu ogłaszamy wstrzymanie ognia. Jednocześnie żądamy od Izraela by ten wycofał swoje wojska ze Strefy Gazy w przeciągu tygodnia oraz otworzył granice dostaw pomocy humanitarnej'. [1]

W prawdzie obie strony konfliktu mają świadomość, że prędzej czy później będą musiały znaleźć porozumienie, to rokowane za pośrednictwem Egiptu zawieszenie broni może okazać się mrzonką. Cel konfliktu w obu przypadkach jest jednakowy - wzmocnić swą pozycję w obliczu ewentualnych niebezpośrednich rokowań. Żadna ze stron nie będzie chciała jednak wystąpić w roli słabszego, dlatego mimo sygnałów wskazujących na chęć zakończenia konfliktu zarówno Izrael jak i Hamas będą próbowały podbić stawkę. Oferta Izraela o wstrzymaniu ognia jest dla Hamasu niewystarczająca. Celem organizacji jest skłonienie Izraela do wycofania wojska oraz odblokowanie Strefy Gazy. Izraelowi zaś trudno będzie się zgodzić na ustępstwa, gdyż okazałby się przegranym. Tym samym ewentualność eskalacji przemocy na większą skalę jest wciąż otwarta. Już u początków konfliktu obie strony zadeklarowały swą gotowość do dłuższego konfliktu. Polityczny przywódca Hamasu Khaled Meshaal przekonywał:. 'Jesteśmy gotowi na wojnę, gdyż jesteśmy pewni naszego zwycięstwa’. W tym samym czasie Ehud Barak zapowiedział wojnę do 'ostatniej kropli krwi' [2]

Geneza przemocy - genezą negocjacji
Wojna w Gazie rozpoczęła się wraz z interwencją Izraela i była odpowiedzią na decyzję Hamasu, który to 19 grudnia zerwał zawieszenie broni oraz przeprowadził szereg ataków rakietowych na Izraelskie miasta graniczące ze Strefą Gazy. Operacja wojskowa rozpoczęła się już następnego dnia, kiedy to 64 samoloty zrzuciły 100 ton ładunków wybuchowych. Po trwających tydzień nalotach Izrael zdecydował się na kolejny etap interwencji wprowadzając wojska lądowe oraz powołując pod broń 11.000 rezerwistów.
[3]

Uzgodnione 19 czerwca 2008r. porozumienie miało znieść blokadę Strefy Gazy, doprowadzić do otwarcia przejść granicznych z Izraelem i Egiptem, umożliwić swobodny przepływ dostaw paliwa leków i gazu, wstrzymać palestyński ostrzał jak i Izraelskie ataki powietrzne oraz odprowadzić do zwolnienia więzionych członków Hamasu i uwolnienia porwanego w lipcu 2006 Izraelskiego kaprala Gilada Szalita.

Żadna ze stron nie wywiązała się z postanowień ... Trwające sześć miesięcy wytchnienie w konflikcie było postrzegane jako zło konieczne. Politycy Izraelscy zdecydowali się na zawieszenie broni, licząc, że negocjacyjna polityka Hamasu spowoduje podziały wewnątrz organizacji jak i zantagonizuje konkurencyjne bojówki. Poza tym, koalicja rządząca potrzebowała wytchnienia w obliczu dymisji premiera Olmerta.

Ze strony Hamasu zawieszenie broni widziane było jako szansa na wzmocnienie organizacji. W najlepszym wypadku, Hamas liczył na współpracę Izraela, co niewątpliwie ugruntowałoby pozycję ruchu. W przypadku zaś, nierespektowania przez Izrael warunków zawieszenia, Hamas nic nie tracił, gdyż mógł się zaprezentować jako racjonalna organizacja posiadająca dobrą wolę. Izrael zaś mógł łatwo zostać oskarżony o brak chęci porozumienia.

Zawieszanie broni miało zapewnić dwa niemożliwe do pogodzenia rezultaty. Podczas gdy celem Izraela jest destrukcja Hamasu; Hamas liczy na odblokowanie Gazy, co z pewnością wzmocni witalność ruchu.
Kiedy Hamas zdecydował się zerwać zawieszenie broni formuła dyplomacji wyczerpała się a problem konfliktu powrócił jak bumerang.

Izrael. Kto chce pokoju musi być gotowy do wojny.

Politycy Izraelskiej koalicji rządzącej zdali sobie sprawę, że impas nie ma dłużej sensu. Polityka blokady Gazy nie przyniosła rezultatów - Hamas wciąż jest u sterów władzy a jego pozycja nie zachwiała się. Blokada miała w założeniu doprowadzić do upadku Hamasu rękami niezadowolonych Gazan jak i za pomocą współpracy z prezydentem Abbasem. Gazanie, którzy na własnej skórze odczuli Izraelką strategię dalecy są od proizraelskich nastrojów. Władza prezydenta Abbasa natomiast uległa erozji a ostatnie bastiony wpływów Fatahu w Gazie runęły. W obliczu zerwanych porozumień Izrael stanął wobec wyboru czy negocjować z Hamasem na jego warunkach czy zdecydować się na konfrontację. Negocjacje oznaczałyby sukces Hamasu - szczególnie w obliczu erozji władzy Fatahu i degradacji pozycji Abbasa uwikłanego w bezproduktywne negocjacje pokojowe.

Decyzja o interwencji militarnej mogła natomiast zostać użyta jako narzędzie osłabienia inicjatywy organizacji. Izraelski atak miał przynieść natychmiastową korzyść doraźną - zaprzestanie uciążliwego ostrzału Izraela. Jednocześnie poza celem taktycznym Izrael ma nadzieje osiągnąć bardziej trwałe założenia strategiczne - zniszczenie infrastruktury Hamasu oraz zlikwidowanie dowództwa organizacji. Politycy Izraelscy decydując się na rozwiązania militarne mieli świadomość, że jedynie konsekwentna operacja może przynieść pożądane rezultaty. W przededniu konfliktu Izraelski Minister Obrony Ehud Barak poinstruował dowództwo na wypadek długiej 'sześciomiesięcznej lub dłuższej operacji'. Barak miał świadomość, że połowiczne rozwiązanie w postaci nalotów nie ma sensu. Tym samym operacja lądowa jest konsekwentnym przewidzianym etapem wojny. Wydaje się, że Izrael nie chciał powtórzyć pomyłki z roku 2006, kiedy brak konsekwencji w wojnie z Hezbollahem jedynie wzmocnił pozycję szyickich radykałów.

Wchodząc do Strefy Gazy Izraelska armia przekroczyła przysłowiowy Rubikon. Już 30 grudnia minister Sherrit oświadczył, że: 'nie ma miejsca na rokowania zawieszenia broni'. Izrael wie, że negocjacje z Hamasem wymagają wycofania wojska, co pomogłoby Hamasowi ogłosić zwycięstwo i wystąpić jako jeszcze trudniejszy i konsekwentny negocjator.

Jednak mimo deklaracji politycy Izraelscy mają świadomość, że nawet długa obecność wojskowa nie wyeliminuje Hamasu definitywnie. Prędzej czy później Izrael będzie musiał wrócić do negocjacji, gdyż jedyną alternatywą jest okupacja Strefy Gazy, której Izrael nie chce. Tym samym Izraelska interwencja to z jednej strony odpowiedz na Hamasowski ostrzał oraz próba osłabienia organizacji, z drugiej strony zaś próba przezwyciężenia Impasu, w którym Hamas mógłby dyktować warunki przyszłych negocjacji.

Nie bez znaczenia dla genezy Izraelskiej interwencji są zbliżające się wybory parlamentarne (mające się odbyć już w następnym miesiącu). Minister Barak ma nadzieję wzmocnić swoje notowania w obliczu lutowyego głosowania. Jego głównym koalicyjnym konkurentem w wyścigu o stołek premiera jest Minister Spraw Zagranicznych Tzipi Livini, która w obliczu konfliktu zbrojnego może stracić zaufanie. Izraelczycy będą bardziej skłonni udzielić poparcia generałowi Barakowi, gdyż ten łatwo może wykorzystać atut militarnego doświadczenia dla celów kampanii wyborczej. Największym przeciwnikiem Baraka będzie jednak przywódca opozycji - Benjamin Netanjahu, który zdaje się prowadzić Liku ku wyborczemu zwycięstwu. Netanjahu wielokrotnie krytykował koalicję (a ministra Baraka w szczególności) za nieskuteczną politykę względem Hamasu zarzucając 'nieudolność’, która ośmiela Hamas do rakietowych ataków. Ehud Barak ma nadzieję wykorzystać konflikt z Hamasem celem przyciągnięcia części elektoratu Likudu - z jednej strony więc, są to wyborcy popierający twardą politykę względem Hamasu, z drugiej strony zaś nie do końca popierający postulat Netanjahu wzywający do re-okupacji Strefy Gazy. Centroprawicowy elektorat będzie więc kluczowy dla wyborczego zwycięstwa.

Wojna w Strefie Gazy to nie 'obronna' wojna z Hamasem, lecz wynik chłodnej kalkulacji. Izrael podkreśla, że celem jego ataków jest Hamas, który terroryzuje własną ludność czyniąc ją zakładnikiem własnego radykalizmu.
Abstrahując od motywów działalności Hamasu (o tym w dalszej części tekstu) należy jednoznacznie podkreślić, że Izraelska interwencja w Gazie nie jest wojną z terroryzmem, lecz wyraźnym sygnałem dla Palestyńczyków - Izrael nie toleruje i nie będzie tolerował żadnego przedstawicielstwa palestyńskiego, które stara się dyktować swoje warunki. W oczach Izraela grzech Hamasu polega nie tylko na działalności zbrojnej, lecz przede wszystkim na 'bezczelności' - próbach występowania jako równorzędny, konsekwentny partner. Bombardując mieszkańców Strefy Gazy Izrael daje jasno do zrozumienia wszystkim Palestyńczykom, że Izrael będzie negocjował jedynie wtedy, kiedy sam o tym zadecyduje i jedynie z tym, kogo sam wybierze na negocjatora. Rzecz jasna taką postacią jest prezydent Abbas. Wojna w Gazie to lekcja dla Palestyńczyków Zachodniego Brzegu. Izrael pokazuje, że we wzajemnych relacjach istnieją dwa scenariusze - pokój na warunkach podyktowanych przez Izrael bądź wojna.
Najważniejszym zadaniem Izraela było utrzymanie interwencji w granicach Gazy tak, by nie doszło do ogólnopalestyńskiego powstania. Celem zapobieżenia eskalacji przemocy na terenie Zachodniego Brzegu Izrael konsekwentnie wspierał starania Fatahu, który pod wodzą prezydenta Abbasa systematycznie likwidował afiliowane przy Hamasie organizacje.

Wewnątrzpalestyński podział jest na rękę zarówno Izraelowi jak i Abbasowi, który za pomocą Izraelskiej i międzynarodowej protekcji utrzymuje się u władzy. Izrael promował więc podział pomagając Abbasowi finansowo przy jednoczesnej blokadzie Gazy; konsekwentnie pomagał Fatahowi likwidować konkurencje Hamasu na Zachodnim Brzegu oraz rozbudowywał osadnictwo, co dostarczało pretekstu do obecności wojskowej, blokad dróg, wprowadzenia patroli jak i organizowania stref wyłączonych spod palestyńskiej kontroli cywilnej a tym bardziej militarnej. Radykalni przywódcy bojówek Zachodniego Brzegu, są świadomi porażki ewentualnej intifady. Powstanie nie ma sensu, gdyż skuteczna działalność nie będzie możliwa pod względem logistycznym. Ewentualna intifada przyniosłaby jedynie ogromną ilość ofiar cywilnych. Palestyńczycy Zachodniego Brzegu są zaś zbyt zmęczeni poprzednim nieudanym powstaniem by poprzeć radykalne rozwiązania. Tym samym Izrael mógł być stosunkowo pewny, że wojna z Hamasem nie zagraża stabilności 'Judei i Samarii'
[4]
Kolejnym problemem strategicznym, który Izrael musiał rozważyć była ewentualna reakcja Hezbollahu. Obawa przed inicjatywą Hezbollahu jest uzasadniona. Przywódca organizacji, Nasrallah zdobył sobie uznanie jako zwycięzca wojny z roku 2006. Co więcej, Hezbollah był w stanie dyktować warunki wymiany więźniów latem 2008, co powszechnie zostało odebrane jako dowód na witalności i skuteczność organizacji. Jak się jednak okazało Hezbollah nie zamierza się angażować w konflikt. [5]
Hezbollahowi nie zależy na eskalacji, gdyż jest świadomy, że w razie wojny straci swoje poparcie - nikt w Libanie nie jest gotowy na ponowny konflikt. Ponadto w przypadku interwencji Izraela Libańskie siły przeciwne destrukcyjnej polityce Hezbollahu z pewnością wykorzystałyby Izraelskie poparcie celem pozbycia się konkurencji. Taki scenariusz mógłby wywołać kryzys, na którym Hezbollahowi nie zależy, gdyż jego głównym celem jest zwycięstwo w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na maj tego roku.

Milczenie Hezbollahu jak i brak inicjatywy ze strony bojówek Zachodniego Brzegu pozwala Izraelowi na konsekwentną wyizolowaną interwencję. Wojna w Gazie to próba sił, z której obie strony będą chciały wyjść obronną ręką. Podczas gdy dla Izraela zwycięstwo może oznaczać jedynie zniszczenie Hamasu, przywódcy Hamasu będą mogli obwołać się zwycięzcami w przypadku, gdy organizacja przetrwa...

Hamas. Uprzywilejowany ‘obrońca’ Gazan.

Mimo, że to właśnie Hamas zerwał zawieszenie broni wydaje się, że przywódcy organizacji zostali zaskoczeni odpowiedzią Izraela. W przededniu zerwania porozumień Hamas starał się podbijać cenę, chcąc skłonić Izrael do odblokowania Gazy.
Hamas chciał przemawiać z pozycji siły by skłonić Izrael do negocjacji na własnych warunkach. Jednocześnie przywódcy ruchu mieli nadzieję, że Izrael nie jest zainteresowany wojną.

Wbrew pozorom jednak interwencja Izraela wcale nie jest dla Hamasu o wiele gorszym scenariuszem. Fakt, organizacja straciła wielu bojowników, a jej infrastruktura została zniszczona. Wciąż, jednak Hamas ma szansę uzyskać swój główny cel strategiczny - doprowadzić do sytuacji, w której Izrael będzie zmuszony do negocjacji na gorszych warunkach.

Bez względu na to, kiedy obie strony 'usiądą do rozmów' i jakie będą ich rezultaty, Hamas osiągnie swoje zamierzenia. Organizacja wystąpi jako rozmówca, z którym trzeba negocjować bądź walczyć; jako siła zdolna kształtować realia. Jeśli nawet Hamasowi nie uda się doprowadzić do otwarcia przejść granicznych Gazy, uda mu się doprowadzić do negocjacji z Izraelem, czy może do wycofania Izraelskiego wojska. Tym samym oficjalny cel Izraelskiej interwencji - zniszczenie Hamasu okaże się mrzonką. To wystarczy by Hamas mógł się obwołać zwycięzcą. Jednocześnie Hamas uniknie ryzyka podziałów wewnątrz organizacji, które mogłyby wystąpić w wyniku zbyt ugodowej polityki negocjacyjnej. Hamas jako organizacja, która przetrwa Izraelskie uderzenie konsekwentnie obstając przy swoich postulatach będzie ruchem bardziej zjednoczonym, zdolnym skupić wokół siebie zarówno tych, którzy chcą negocjacji jak i tych, którzy pragną wojny.

Dodatkową korzyścią jest wzmocnienie swej pozycji względem Fatahu i prezydenta Abbasa. Hamas wykorzystuje wojnę z Izraelem celem obwołania się jedynym Izraelskim adwersarzem, zdolnym do negocjacji, wojny czy pokoju. Przekaz Hamasu dla skompromitowanego groteskowymi negocjacjami Abbasa jest jasny - ' władza Fatahu w Ramallah straciła swoją legitymację (...) w całej Palestynie ostateczny głos będzie należał do ruchu oporu (Hamasu)'
[6]

Faktycznie, władza Abbasa, który naruszając zasady konstytucyjne Palestyny próbuje utrzymać się na stołku prezydenckim, chyli się ku upadkowi. W początkowych dniach konfliktu prezydent Abbas jednoznacznie określił Hamas odpowiedzialnym za tragedię Gazy. Stanowisko prezydenta spotkało się z mieszaną reakcją Palestyńczyków. Mimo, że wierny prezydentowi elektorat wyraził swoją solidarność, wielu Palestyńczyków protestowała przeciwko proizraelskim komentarzom. Abbas, zmuszony był więc, zmienić swoje stanowisko. Podczas spotkania Komitetu Wykonawczego OWP prezydent zasugerował porozumienie w sprawie dyskusji nad współpracą pomiędzy OWP a Hamasem.[7]

Porozumiewawcze sygnały są dowodem na słabości prezydenta i jego otoczenia. Tym samym wiec Hamas może mieć nadzieję, na przyszłe porozumienie na korzystnych dla siebie warunkach. Wojna z Gazie zbiegła się z kłopotliwym dla Palestyńczyków zagadnieniem końcówki kadencji Abbasa. Hamas będzie szukał więc porozumienia mając poważne atuty przemawiające na jego korzyść. Z jednej strony Hamas zdaje sobie sprawę ze słabości Abbasa, z drugiej strony zaś wie, że dyktatorskie zapędy prezydenta nie znajdują szerokiego poparcia. Jeśli w wyniku wojny Abbas straci inicjatywę na rzecz Hamasu, będzie to jednoznacznie zwycięstwo organizacji i porażka Izraela zarazem.

Zbyt wysoka cena za negocjacje.

Jak się wiec wydaje na dzień dzisiejszy, Hamas wychodzi z konfliktu obronną ręką. Decyzja Izraela o jednostronnym zawieszeniu broni jest dla organizacji spełnieniem swoich taktycznych założeń. Oto bowiem Izrael jest zmuszony do elastyczności i prawdopodobnie jakiejś formy porozumienia w przyszłości.
Jeśli konflikt zakończy się nowym zawieszeniem broni, Hamas z pewnością chciał skłonić Izrael do odblokowania Gazy i wycofania wojska. Problem polega jednak na tym, że strona Izraelska nie może tak po prostu pozwolić Hamasowi na inicjatywę. Z punktu widzenia Izraela sukcesem byłaby dłuższa obecność militarna, która pozwoliłaby na kontrolę na wzór kontroli miast Zachodniego Brzegu.
[8]

Taki scenariusz rozwoju wypadków będzie zarzewiem dalszych konfliktów a kolejne zawieszenie broni z pewnością stanem chwilowym. Bez względu na to jak potoczą się losy relacji Izraela z Hamasem, należy podkreślić, że mimo doraźnego osłabienia Hamasu ewentualne przyszłe negocjacje będą powrotem do punktu wyjścia sprzed wybuchu wojny. Na tą chwilę jest raczej mało prawdopodobne by Izraelowi udało się ugruntować swoją pozycję w Gazie. Bardziej prawdopodobne, że Izrael będzie próbował wyjść z konfliktu z twarzą … Tel-Aviv będzie musiał szukać porozumienia, które pozwoli zagwarantować choć taktyczne założenie - powstrzymanie Hamasu i jego zwolenników od ostrzału południowego Izraela. W tym celu jednak Izrael musi się zgodzić na warunki Hamasu. Raczej mało prawdopodobne, by Izrael zgodził się na otwarcie wszystkich przejść granicznych jak tego chce Hamas. Należy się zatem spodziewać nie tylko negocjacji ale i konfliktu.

Bardziej prawdopodobnym scenariuszem będzie usankcjonowanie otwarcia przejścia pomiędzy Gazą a Egiptem w Rafah. Rozwiązanie korzystne dla Izraela jako, że granice Izraela z Gazą pozostaną wciąż zamknięte, jednocześnie Izrael osiągnie swój inny cel strategiczny - zrzucenie odpowiedzialności za Gazę na barki Egipskiego prezydenta Mubaraka. Izrael będzie mógł domagać się od Egiptu kontroli przejścia, gdyż główną odpowiedzialnością stanie się ukrócenie procederu przemycania broni poprzez granicę z Gazą. Co więcej, Egipt będzie zmuszony nakłonić Hamas, by ten wstrzymał swój ostrzał. Kontynuacja ataków rakietowych mogła by doprowadzić do ponownej interwencji Izraelskiej – tego zaś Egipt nie chce. Hamas natomiast może powstrzymać się od przemocy za cenę poparcia Egiptu w negocjacjach z konkurencyjny Fatahem. Jeśli otwarcie przejścia w Rafah skłoni Hamas do wstrzymania ognia, Izrael będzie mógł ogłosić połowiczne zwycięstwo – połowiczne, gdyż Hamas może szybko wylizać rany i wzmocnić się. Głównymi przegranymi zaś będzie ludność cywilna Strefy Gazy.

Najbardziej tragicznym scenariuszem może być eskalacja przemocy. Póki co największą przeszkodą dla zawieszenia broni są Izraelskie zapowiedzi utrzymania wojska. Izrael ma świadomość, że bezwarunkowe wycofanie byłoby jednoznacznym zwycięstwem Hamasu. Jeśli Tel-Aviv będzie chciał forsować swoje warunki porozumienia może dojść do nasilenia przemocy. W obliczu kryzysu Izrael zdecyduje się na trzeci etap wojny - wprowadzenie swych sił bezpośrednio w centra gęsto zaludnionych miast Gazy. Hamas prawdopodobnie zdecydowałby się wówczas na użycie rakiet dalekiego zasięgu, które mogłyby skutecznie zagrozić cywilom miast Izraelskich. Co więcej, Hamas starałby się wciągnąć Izrael w krwawą wojnę miejską, gdzie zaawansowana technologia wojsk Izraelskich się nie sprawdza. Oznacza to guerillę, która pochłonie co najmniej kolejny tysiąc palestyńskich ofiar, ale także setki zabitych żołnierzy Izraelskich. Jak wysoką cenę jest w stanie zapłacić Izrael a jak wysoką Hamas za swoje warunki negocjacji nie wiadomo. Jedno jest pewne ponad 1200 ofiar to za wysoka cena jaką już zapłacili mieszkańcy Gazy.

Michal Ziemowit Buśko
tekst opublikowany 19 stycznia 2009 na łamach www.arabia.pl
http://www.arabia.pl/content/view/292150/1/

[1] www.maannews.net, 18.01.2009.[2] www.guardian.co.uk, 04.01.2009[3] www.bitterlemons.org
[4] Izraelskie określenie odwołujące się do Zachodniego Brzegu Jordanu[5] W przeciągu wojny w Gazie z terytorium Libanu zostało wystrzelonych jedynie kilka rakiet krótkiego zasięgu. Żadna z organizacji nie przyznała się do ataku.[6] Cytat pochodzi w wypowiedzi przedstawiciela Hamasu Mohammada Nazzala www.bitterlemons.org
[7] www.maannews.net 07.01.2009[8] Chodzi o system zaaplikowany w czasie Intifady al.-Aqsa w roku 2002 Kiedy to Nablus, Dżenin i Hebron zostały poddane permanentnej kontroli stacjonujących wojsk Izraela.